Raz pewien kapłan stwierdził, że akt małżeński można porównać do Eucharystii. Nie zgodziłam się z nim. Ostatnio tamto wspomnienie nie daje mi spokoju i poszukuje we mnie nowej odpowiedzi. Chyba ją znalazło.
Nie dopytałam jak ten ojciec rozumie to porównanie, co je uzasadnia. To mój stały numer, nie dopytam, a potem się głowię. To chyba kwestia braku pewnego refleksu, albo lubowanie się w rozkminach, których nie sposób rozstrzygnąć. W każdym razie dotarłam do miejsca, w którym uznałam, że można te dwie kwestie zestawić obok siebie.
Akt małżeński ma swoją skalę głębokości. Może być zwykłym działaniem zmierzającym do rozładowania emocji, podyktowanym własnymi potrzebami, ale zupełnie pomijającym drugą osobę. To dałabym na jednym końcu skali. Ktoś zapyta, czy to nadal jest akt małżeński – nie chcę się na tym skupiać. Nie o to idzie. Na drugim końcu skali mamy wchodzenie w misterium przekazywania życia. Dwoje ludzi otwartych na nowe życie, gotowych do przyjęcia tej ekstremalnej niespodzianki. Bóg w przedziwny sposób uczestniczy w tym akcie zwłaszcza, gdy w głębi osób dostrzega to odważne tak. Gdy tego tak nie ma, myślę, że coś umyka, coś się traci, tak to czuję.
I teraz Eucharystia. Na jednym końcu skali postawiłabym sposób uczestnictwa w Eucharystii, zakończony przyjęciem Pana Jezusa do serca ale bez zwrócenia na Niego uwagi ani w samym momencie Komunii, ani w pozostałych momentach. Mam tutaj skojarzenie z tymi wszystkimi uroczystościami, w trakcie których wypadałoby iść do Komunii, więc się idzie. Na drugim końcu skali jest uczestnictwo, pełna świadomość spotkania i Jego znaczenia. Pragnienie pełnego skupienia na tym spotkaniu, ale także na przyjęciu konsekwencji tej relacji, trwania w bliskości nie tylko w tym momencie, ale praktycznie stale. Skoncentrowanie na Nim, nie na sobie.
Pewne jest jedno. Z obu spotkań w wersji podstawowej co najmniej jedna z osób wychodzi z poczuciem, że ją pominięto.
Ot, taka refleksja na czas Komunii Świętej wielkanocnej.
