Snopy

Jestem wzruszona. Zadziwiona marzeniami, które się spełniają, zadziwiona znaczną poprawą relacji, także, a raczej przede wszystkim, relacji małżeńskiej, zadziwiona miłością, która nieśmiało wyziera z oczu.

Jak pusty dom, w którym Ktoś zapalił światło i który nie straszy już przechodniów.

Jak piec, w którym Ktoś zapalił, na razie podpałkę.

Miłość rodzi miłość, ot co.

Postępują naprzód wśród płaczu,
niosąc ziarno na zasiew:
Z powrotem przychodzą wśród radości,
przynosząc swoje snopy (Ps 126, 6).

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Godny wiary

Siedzę sobie, obok świeci się choinka, za oknem słychać fajerwerki, a ja się uśmiecham. Już miałam nic nie pisać w tym roku, ale czułam dziś natchnienie, by to zrobić.

Bóg jest wierny swoim obietnicom. Jak pisałam na początku bloga, kiedyś usłyszałam, że Pan uleczy moje rany. Wzięłam te słowa do serca i co? I dziś stwierdzam, że to się stało. Ta dam! Oczywiście nie twierdzę, że cała przeszłość została przeze mnie przerobiona, przepracowana i teraz to już tylko bajlando. Jest mi po prostu lżej na sercu. Droga do tego miejsca nie była łatwa i to się nie stało samo na pstryknięcie. Najpierw ten coaching, potem seria modlitw wstawienniczych, 12 kroków Ku pełni życia – wreszcie żyć, terapia, Strumienie Życia, rekolekcje, dni skupienia i oczywiście modlitwa, sakramenty, adoracje.

Ktoś stwierdzi no dobra, ale to nie On uleczył twoje rany, tylko ty swoją pracą. No nie, nie uważam tak. Zaproszenia w te różne miejsca były subtelne i zapakowane jak piękny prezent. To jakby ktoś prowadził w tańcu, delikatnie, ale wiadomo było, gdzie postawić kolejny krok. Ja bym na to nie wpadła.

Uśmiecham się więc i robię listę obietnic, które jeszcze są przede mną, których jeszcze nie oglądam, nie doświadczam. Czy szczytem wiary jest czekać na realizację obietnic, czy może szczytem wiary jest czekać na coś, co nie było obiecane?

Ostatnio jechałam do pracy i pytałam Pana, czy na pewno pobłogosławi moją decyzję, czy widzi mnie na tej drodze, która jawi się przede mną i wtedy niebo przede mną się rozświetliło. Potem przypadkiem popatrzyłam w prawo i tam była tęcza. Co dziwne, ona tworzyła jakby bramę nad drogą, po której jechałam. Poranna tęcza. Wchodzę w ten rok przez bramę z tęczy.

Niech się dzieje! Błogosławieństwa!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Porównanie

Raz pewien kapłan stwierdził, że akt małżeński można porównać do Eucharystii. Nie zgodziłam się z nim. Ostatnio tamto wspomnienie nie daje mi spokoju i poszukuje we mnie nowej odpowiedzi. Chyba ją znalazło.

Nie dopytałam jak ten ojciec rozumie to porównanie, co je uzasadnia. To mój stały numer, nie dopytam, a potem się głowię. To chyba kwestia braku pewnego refleksu, albo lubowanie się w rozkminach, których nie sposób rozstrzygnąć. W każdym razie dotarłam do miejsca, w którym uznałam, że można te dwie kwestie zestawić obok siebie.

Akt małżeński ma swoją skalę głębokości. Może być zwykłym działaniem zmierzającym do rozładowania emocji, podyktowanym własnymi potrzebami, ale zupełnie pomijającym drugą osobę. To dałabym na jednym końcu skali. Ktoś zapyta, czy to nadal jest akt małżeński – nie chcę się na tym skupiać. Nie o to idzie. Na drugim końcu skali mamy wchodzenie w misterium przekazywania życia. Dwoje ludzi otwartych na nowe życie, gotowych do przyjęcia tej ekstremalnej niespodzianki. Bóg w przedziwny sposób uczestniczy w tym akcie zwłaszcza, gdy w głębi osób dostrzega to odważne tak. Gdy tego tak nie ma, myślę, że coś umyka, coś się traci, tak to czuję.

I teraz Eucharystia. Na jednym końcu skali postawiłabym sposób uczestnictwa w Eucharystii, zakończony przyjęciem Pana Jezusa do serca ale bez zwrócenia na Niego uwagi ani w samym momencie Komunii, ani w pozostałych momentach. Mam tutaj skojarzenie z tymi wszystkimi uroczystościami, w trakcie których wypadałoby iść do Komunii, więc się idzie. Na drugim końcu skali jest uczestnictwo, pełna świadomość spotkania i Jego znaczenia. Pragnienie pełnego skupienia na tym spotkaniu, ale także na przyjęciu konsekwencji tej relacji, trwania w bliskości nie tylko w tym momencie, ale praktycznie stale. Skoncentrowanie na Nim, nie na sobie.

Pewne jest jedno. Z obu spotkań w wersji podstawowej co najmniej jedna z osób wychodzi z poczuciem, że ją pominięto.

Ot, taka refleksja na czas Komunii Świętej wielkanocnej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Lekcja

Dziś na kazaniu dzieci miały wskazać zachowania, które mogą pomóc w dobrym przeżywaniu Adwentu – tutaj dokładnie nie zapamiętałam pytania, ale taki był kontekst.

Młodsze dzieci wymieniały czynności typu odmówienie różańca, pójście do kościoła na mszę, bycie grzecznym na lekcji religii. Starsze mówiły też o uprzejmości względem innych osób.

My chyba naprawdę uczymy dzieci religii, uczymy jakichś modlitw, tego, jakie formy kultu są istotne, ale nie uczymy SPOTKANIA. No i potem mamy dzieci, które chodzą do kościoła, są grzeczne, nie gadają, uklękną jak trzeba, jak trzeba wstaną i potem myślą, że Bogu właśnie o to chodzi.

Czy ktoś te dzieci zapytał czy w ostatnim tygodniu usiadły w ciszy bez telefonu w ręce i poświęciły ten czas na bycie z Bogiem? Na przytulenie się do Ojca? Posłuchania czy nie chce nam czegoś powiedzieć? Czy ktoś im powiedział, że nigdy nie są same, że gdy jest im ciężko mogą być pewne, że On o tym wszystkim wie i jest blisko?

Usiądź dziecko wygodnie, w jakimś miejscu, gdzie możesz zamknąć oczy. Zamknij te oczy, skoncentruj wzrok gdzieś w okolicy serca i zastanów się z Którym z Nich chcesz się spotkać, a może z Bogiem po prostu, no i potem spotkaj się. Uświadom sobie, że ON JEST, że jest w tym spotkaniu cały czas. To tak, jakbyś był niewidomy i mimo to wiedział, że ktoś jest przy Tobie, tylko trzeba sobie to uświadomić. Daj sobie choćby kilka minut. Chcesz milczeć – milcz, chcesz coś powiedzieć – powiedz. Postaraj się być naturalny, przecież jako niewidomy dałbyś temu komuś dojść do głosu. To, że Go nie widać nie znaczy, że nie ma czegoś do powiedzenia.

Tylko On może nas zaprowadzić za horyzont.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Tam nie wejdę

Każdy z nas ma takie drzwi. Dobrze wiesz, że to, co za nimi zastaniesz jest wymagające. Najchętniej właśnie teraz, stojąc przed nimi, obróciłbyś się na pięcie i zwiał. Rozglądasz się za kimś, kto lepiej sobie z tym poradzi, a jeśli kogoś takiego nie ma, odwlekasz moment dotknięcia klamki.

To może być ostatnie 100 metrów, zanim zobaczysz to, czego najbardziej się obawiasz. Tak jak skazaniec wyruszający w ostatnią prostą. To nie ty idziesz, tylko jesteś niesiony przez ciało, które podejmuje decyzję za ciebie. Przybliżasz się.

Ucieczka nie ma sensu, ale próbujesz czegoś innego. Nagle jesteś bardzo zajęty, chcesz pobudzić się do radości, złudzenia, że wszystko jest ok. Nie myślisz o tych drzwiach. Tylko czasem westchniesz głęboko nie zastanawiając się czemu. Robisz wszystko, żeby nie odgrzebać tego czegoś.

W końcu stajesz przed nimi. Znowu. Wiesz, że jeśli przez nie nie przejdziesz, nie będziesz sobą. Patrzysz z rezygnacją, wyciągasz rękę i robisz krok w rzeczywistość.

Jesteś uzbrojony. Masz jakby 2 serca. Jedno przyjmuje ciosy i najchętniej by oddało, ale wtedy drugie mówi stop, zatrzymaj się, przyjrzyj się dokładniej, zobacz więcej. Weź tę sytuację w ręce jak dobry zegarmistrz. Zastanów się czemu tamta wskazówka chodzi tak, a nie inaczej i zareaguj tak, żeby choć trochę ją naprawić. Bądź jednocześnie aktorem i reżyserem tej sceny. Nie, nie udawaj. Zanurz się, ale nie daj się utopić.

Wieczorem, w ciszy, poszukaj Pana. Oddaj Mu to, co się udało, ale też beznadzieję, niemoc, może nawet niechęć do spotykania Go. Pamiętaj, że nawet, gdy uznajesz, że to nie ma sensu, On jest blisko.

Nie, nie próbuj znowu zamknąć tych drzwi z drugiej strony.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Do świtu jeszcze daleko

Ostatnio często mam w myślach motyw, który pojawia się w różnych utworach literackich lub filmach.

Jest wojna.
Mąż, ojciec zostawia bliskich i wyrusza na front.
Zostawia żonę, dzieci, rodziców, przyjaciół.

Mijają lata.

I teraz bywa różnie.

Jedni czekają na powrót tego mężczyzny. Wieczorami gładzą wyblakłe zdjęcie, uśmiechają się do coraz mniej wyraźnych wspominień, pielęgnują nadzieję na ponowne spotkanie. Zastanawiają się nad tym, czy on jeszcze żyje, czy jest zdrowy, czy niczego mu nie brak.

Inni szybko przestają o nim myśleć. Może chcą zapomnieć, nie potrafią znieść tęsknoty, a może po prostu nie potrafili się przywiązać?

Wreszcie następuje ta chwila: on wraca.

Z daleka patrzy na dom.
Wzruszenie podchodzi mu pod gardło.
Widzi na podwórku wysokiego chłopaka, myśli: “to chyba mój syn! Tak, on mógłby tak wyglądać!”.

Wypatruje żony, w końcu myśl o niej pozwalała mu przetrwać najtrudniejsze chwile.
Czuł jej obecność, jej tęsknotę.

Czy zastanie ją czekającą?
Czy może wejdzie do domu i zobaczy nową kołyskę?

 

Nie wiem, czemu nasuwa mi się ten obraz i czemu o tym piszę.
Przecież On jest.
Pozwala się znaleźć.
Może jeszcze?

Czy pielęgnuję relację z Nim?
Czy szukam Go w sakramentach?
Czy szukam Go świątyni mojego serca?
Czy jestem Mu wdzięczny za dar zbawienia? Za dar nieba? Wiecznego szczęścia?
Czy moje oczy się rozjaśniają gdy widzę Go w Najświętszym Sakramencie, albo choćby Jego wizerunek na obrazku?

Jeśli teraz Go nie szukam, to czy będę umiał za Nim tęsknić, jeśli nie pozwoli się znaleźć?

Nie wiadomo kiedy, ale On wróci.
Czy wtedy ucieszy Go choćby jedna osoba, która czeka?

 

All’alba vincerò!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Na szlaku

Jak łatwo zgubić drogę do celu. Wystarczy nie dojrzeć, że szlak skręcił w bok, pod górę i iść dalej szeroką, równą drogą. Dokąd?

Jak mocno trzeba pilnować znaków. Sprawdzać, czy zaraz pojawia się kolejny, potwierdzający, że to właściwa droga.

Jak stanowczo trzeba się zatrzymać, gdy stoję na rozdrożu, a znak jest tak namalowany, że nie wiadomo czy teraz w lewo, czy w prawo. Dodatkowo wewnątrz pojawia się taki podejrzany pośpiech, który pcha byle do przodu.

Jak ciężko przyjąć, że ktoś inny ma rację, gdy podpowiada, że to nie ta droga, a ja robię jeszcze jeden krok i jeszcze jeden, zamiast posłuchać.

Jak trudno dołączyć do szlaku, który się zgubiło. W ostateczności ile sił kosztuje decyzja, żeby cofnąć się do ostatniego widzianego znaku i tam pójść, jeśli to jeszcze możliwe.

Jak dobrze, że On cały czas prowadzi, nie zostawia, jest cierpliwy.

Litania niemocy

Gdzie ja nie widzę – On widzi
Gdzie ja słabnę – On jest silny
Gdzie ja upadam – On podnosi
Gdzie ja błądzę – On woła

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Gładzi grzech świata

Tak się Tobą zachwycić, żeby się zmieniać. Uwierzyć w to, że Twoje zwycięstwo nad grzechem będzie pełniejsze, jeśli urzeczywistni się i w moim życiu, gdy po nie sięgnę moimi wyborami.

Wyjść z Egiptu. Wrócić do Kościoła, zacząć przyjmować sakramenty, przypomnieć sobie stare pacierze, a może i powiedzieć coś od siebie, gdy starczy odwagi.

Przypomnieć sobie przykazania, przestać się interesować niedzielami handlowymi, odkurzyć Pismo Święte, zacząć dbać o siebie, zapragnąć czystości myśli, serca.

Nie dać się uśpić myśleniem, że przecież już się znamy, że teraz nawet jak coś mi nie wyjdzie, to przecież jesteś miłosierny i mi wybaczysz i na tym poprzestać.

Trwać, trwać, trwać. Nie tracić Ciebie z oczu, szukać pokoju serca nawet tam, gdzie jeszcze mnie nie było, jeśli Ty tego zapragniesz.

Zdobywać nowe lądy, milczeć tam, gdzie były słowa, mówić tam, gdzie był ich brak, odważyć się na czułość, wiedząc, że ktoś może poczuć się zaproszony do mojego świata.

Pod Twoim czułym spojrzeniem przyjmować Ciebie w tym, co się wydarza. Ufać, że starczy sił by przyjąć i bezbronne dziecko i ciało zdjęte z krzyża, choć oba są za trudne.

Dziękować za każdy dar. Pamiętać o tych, którzy jeszcze nie przyszli do źródła. Rozmyślać o Twoim głodzie, gdy o nich wspominasz.

A potem zaorać chociaż kawalątek swojego serca, chociaż boli i nie dać sobie wmówić, że to nic nie da.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Siódma rocznica

Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

W czerwcu 2011 po raz pierwszy poszłam na uwielbienie do kościoła św. Katarzyny w Krakowie. Po wakacjach zaczęłam chodzić tam w miarę regularnie. W międzyczasie uczestniczyłam w Seminarium Odnowy Wiary przy kościele Dobrego Pasterza, zaczęłam też dbać o regularne przyjmowanie sakramentów. W grudniu 2011 zebrałam moją mizerną odwagę i po uwielbieniu podeszłam do jednej z dziewczyn, o której sądziłam, że należy do wspólnoty Nowe Jeruzalem i zapytałam, jak się wstępuje do tej wspólnoty. Ona nie wiedziała, ale przedstawiła mi pewną kobietę, której powtórzyłam moje pytanie. Powiedziałam, że jestem po Seminarium i nie chcę stracić tego, co tam otrzymałam i szukam wspólnoty. Okazało się, że szykuje się tam jakiś ślub liderów i najlepiej będzie, jeśli podejdę po kolejnym uwielbieniu. Gdy nadszedł ten dzień okazało się, że… uwielbienia nie było. Drzwi były zamknięte, ta kobieta chyba zapomniała, że się umówiłyśmy, bo Jej też nie było. Uznałam, że… pewnie się pomyliłam, że to widocznie nie ta wspólnota, że to jest znak od Boga i że trzeba szukać gdzieś indziej.

Potem mój świat stanął na głowie. Choroba i śmierć bliskiej osoby mocno mną potrząsnęła. To był jakiś tajfun, który pojawił się bardzo szybko i wszystko poprzewracał. Jakie to niezwykłe, że Bóg przygotował mnie na to przyciągając mnie bliżej do siebie. Nie wiem, jak bym zniosła to wszystko, gdyby nie On.

Po paru miesiącach zaczęłam szukać innej wspólnoty. Okazało się, że w pobliżu Mocni w Duchu prowadzą rekolekcje wielkopostne. Ich owocem była m. in. wspólnota Odnowy w Duchu Świętym, która zawiązała się przy tym kościele. Dołączyłam do niej. W tym czasie trafiłam na stronę odnowa.org. Był tam kiedyś opis rekolekcji, jakie prowadzi Odnowa w Duchu Świętym. Jedne z nich – rekolekcje uzdrowienia wspomnień – szczególnie mnie poruszyły. Głęboko czułam, że są dla mnie, bo miałam ogromne problemy z relacjami, ze swoimi emocjami, jednak uważałam, że jako mama dwójki małych dzieci na pewno nie miałam na nie szans. Myśl o nich nie dawała mi spokoju. Miesiące mijały, a ja lgnęłam całym sercem do pomysłu, żeby tam pojechać. W internecie pojawiły się nawet konkretne terminy. Po ludzku było to niemożliwe, jednak rosła we mnie nadzieja, że się tam znajdę.

Pan odpowiedział na moje pragnienie. Udało się! W dniach od 14 do 21 lipca 2012 roku byłam na rekolekcjach uzdrowienia wspomnień. Dokładnie siedem lat temu. Teraz, gdy były czytania o wyjściu Izraelitów z Egiptu wszystko, czym Pan mnie tam obdarował, wróciło bardzo. Postanowiłam podzielić się tym, co Bóg z wielką mocą zdziałał wtedy w moim życiu. Jak bohater.

Pamiętam nabożeństwo przed Najświętszym Sakramentem. Klęczałam z tyłu. Kapłan powiedział wtedy słowa poznania, że jest tu osoba, która w dzieciństwie była molestowana seksualnie. Powiedział „proś Pana, żeby ci to zabrał, bo to się za tobą ciągnie”. Gdy usłyszałam te słowa poczułam, że z głębi mojego brzucha jedzie jakaś torpeda, jakby była wystrzelona z łodzi podwodnej. Wiedziałam, że nie zatrzymam tej torpedy, co napełniło mnie przerażeniem. Byłam pewna, że tego nie przeżyję i dosłownie rozpadnę się na kawałki. Straciłam kontrolę nad tym, co się ze mną działo. Zaczęłam strasznie płakać. Dotarło do mnie, że tutaj chodzi o mnie. Wróciły wspomnienia, co gorsze, wróciły emocje z tym związane. Jedno wielkie przerażenie. To był tylko początek…

Potem pamiętam jedno ze spotkań wieczornych. W jego trakcie, podczas modlitwy uwielbienia, miałam obraz. Widziałam Jezusa i siebie, małą dziewczynkę, która idzie z Nim za rękę. Wiedziałam, że chodzimy po moim sercu. To wyglądało, jak piwnica w wieżowcu. Był taki korytarz z klepiskiem na ziemi, a wzdłuż tego korytarza były komórki, takie ciasne i ciemne, zamykane drzwiami jak w więzieniu. To było okropne miejsce. Jezus był jednak bardzo spokojny i to dodawało mi otuchy. Na jednym końcu korytarza było dwoje otwartych na oścież drzwi. Za nimi była czarna otchłań. Wiedziałam, że tam się po prostu spada w dół. Jezus podszedł do tych drzwi, zamknął je, a na framudze drzwi na górze namalował dłonią krzyż ze swojej krwi. Najpierw na jednych, potem na drugich. Potem zaprowadził mnie na drugi koniec tego korytarza. Był tam czarny pokój. Ściany był czarne, straszne, a na środku leżała trumna. Wiedziałam, że w niej leżę ja… Uciekłam z tego obrazu. Nie mogłam tego pojąć, Tak wiele się działo… Diakonia modliła się potem: „Łazarzu, wyjdź!”. Oj jak ja bardzo chciałam wyjść! Powiedziałam to Panu w sercu…

W toku rekolekcji pamiętam wieczór w kaplicy. Już pewne rzeczy zaczęły do mnie docierać, zaczęłam widzieć, że pewne moje zachowania nie są w porządku, że ranię innych ludzi. Pamiętam jak patrzyłam na tabernakulum i nagle usłyszałam w sercu słowa „ty jesteś moja, ja cię nigdy nie oddam”. Czułam, że nie są to słowa Jezusa. Nie niosły pokoju, wręcz przeciwnie. Trochę w popłochu wyszłam z kaplicy, poszłam do pokoju pełna strachu. Doszłam do wniosku, że jest tak późno, że muszę iść spać. Chyba chciałam po prostu przestać myśleć, zwłaszcza o tym, kto do mnie właśnie przemówił. To była okropna noc. Ciągle się budziłam, czułam czyjąś obecność w pokoju. Wzięłam do ręki różaniec. Co się obudziłam, to próbowałam się modlić. Wzywałam też świętych- ojca Pio, św. Ritę, św. Gemmę. Nie potrafiłam pójść po pomoc. Nad ranem zmieniłam taktykę, uwielbiałam Boga Psalmem 149, hymnem Magnificat, wzywałam Ducha Świętego i przyszedł spokój. Zrozumiałam, jak bardzo w swoim życiu nie ufałam Bogu, że długo moim bogiem był strach…

Wkrótce opowiedziałam animatorce o wszystkim, co mnie spotkało tej nocy. Zostałam zaproszona na modlitwę uwolnienia (rekolekcje prowadził egzorcysta). To był kolejny krok mojego wychodzenia z Egiptu. Pamiętam jak weszłam do pokoju. Na środku stało krzesło, wokół stało kilka osób i kapłan prowadzący rekolekcje. Zaprosił mnie ciepło, żebym usiadła opowiedziała, z czym przychodzę. Nie miałam wtedy doświadczenia dłuższej modlitwy wstawienniczej, nie bardzo ufałam tym ludziom, w sumie siedziałam z marzeniem, żeby być już za drzwiami. Powiedziałam jednak co się wydarzyło w kaplicy. Podzieliłam się tym, że uważam, że słyszałam głos diabła. Padło wtedy pytanie, czy brałam z nim jakiś ślub. Wtedy nie pamiętałam, że w sumie napisałam cyrograf. Kolejne pytanie dotyczyło tego, czy odrzuciłam dar życia. Wtedy nie pamiętałam, że próbowałam popełnić samobójstwo. Jakie to niezwykłe. Pan to wiedział. To wystarczyło. Rozpoczęła się modlitwa. Pamiętam, że nagle poczułam, że koło mnie coś się kręci. Tak, jakby ciasno wokół mnie biegało kilka zwierząt. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale czułam wręcz poruszenie powietrza. Ten kapłan to chyba wyczuwał. To niezwykłe, bo stał w pewnej odległości ode mnie. Widziałam, jak zbiera się do tego, żeby podejść do mnie blisko. Gdy zaczął iść w moją stronę, widziałam wyraźnie, jak to coś w Niego uderza i sprawia, że On nie może iść tak po prostu, tylko musi się przedzierać. Niezwykłe. Potem osoby, które modliły się w pokoju zaczęły podawać słowa poznania, jedno, drugie, kolejne. Wtedy nic nie pamiętałam. Nie potrafiłam się skupić. Po pewnym czasie modlitwa się skończyła. Zostałam zapewniona, że ta modlitwa przecina więzy zła. Wreszcie mogłam wyjść, zupełnie oszołomiona…

Kolejne wspomnienie dotyczy najważniejszego wydarzenia na tych rekolekcjach – spowiedzi. Pierwszy raz podczas spowiedzi mówiłam o sobie bez owijania w bawełnę. Docierałam do swoich motywacji, bez ogródek nazywałam rzeczy po imieniu. Nie chciałam już być w tej trumnie. Gdy kapłan udzielił mi rozgrzeszenia uklękłam i wtedy On położył mi dłonie na głowie. Wtedy też miałam obraz, widziałam Jezusa, który stoi przede mną zamiast kapłana i trzyma mi ręce na głowie. Zaczęłam bardzo płakać. Doświadczyłam Bożego przebaczenia pomimo tych strasznych rzeczy, które zrobiłam. Doświadczyłam bardzo Jego miłosierdzia. Także w osobie tego kapłana, który okazał mi zwykłe współczucie. Nie potępił mnie. Pan bardzo dotknął mojego serca. Wręcz je podmienił, bo wcześniej było jakby zamrożone, nie wiedziałam co to empatia. Gdy raz miałam przed sobą zdjęcie i miałam określić, co te osoby teraz czują, nie potrafiłam tego uczynić. Od tamtej pory wiele w tym obszarze zaczęło się zmieniać…

Co ważne, na kolejnym uwielbieniu podczas tych rekolekcji znowu chodziłam z Jezusem po moim sercu. Wyglądało już inaczej, zwłaszcza ten czarny pokój – już nie był czarny! Wszystko było białe, nawet trumna, która na szczęście była pusta…

To było moje wyjście z Egiptu. Mocne wyjście. Nie obyło się bez walki, ale wróg został zwyciężony. Moje serce już wie, co to znaczy Boży pokój, moje serce już zna tego, który ma moc złamać zło, moje serce już wie, że jest coś poza strachem. Moje serce już wie, że Jezus jest przy mnie i walczy dla mnie…

Dziękuję Ci Jezu za to wszystko. Dziękuję Ci za Twoją krew, którą nieustannie wylewasz na nas by nas oczyszczać. To chciałam powiedzieć, gdy na ostatnim spotkaniu prowadzący zachęcali, by wyjść i podziękować za to, co działasz w naszym życiu. Dziękuję Ci też za łaskę wiary. Bez niej nic z tych rzeczy nie mogłoby się wydarzyć. Proszę obdarz łaską wiary tych, którzy to przeczytają, a którzy być może potrzebują byś i w ich sercach zamknął jakieś drzwi. Dziękuję Ci za to wyjście z Egiptu. Proszę daj nie wrócić do niego, czy do innej niewoli, bo wróg nie śpi.

Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jak warkocz

Bardzo lubię Uroczystość Najświętszej Trójcy. Pamiętam już w podstawówce próbowałam rozkminić o co w tym chodzi, oczywiście bez rezultatu.

Ostatnio często robiłam córce warkocz, prosiła o niego. Gdy robi się warkocz, trzeba podzielić włosy na 3 równe części, a potem przeplatać jedną przez drugą. Raz podczas plecenia tego warkocza miałam refleksję, że z Trójcą Świętą jest podobnie. Jest spleciona jak warkocz, trudno odróżnić jedno pasmo od drugiego, ale tworzą Ją trzy różne Osoby, co do tego nie ma wątpliwości. Można mieć relację z każdą z Nich razem i z osobna.

Bardzo zostaliśmy wywyższeni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz