Siódma rocznica

Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

W czerwcu 2011 po raz pierwszy poszłam na uwielbienie do kościoła św. Katarzyny w Krakowie. Po wakacjach zaczęłam chodzić tam w miarę regularnie. W międzyczasie uczestniczyłam w Seminarium Odnowy Wiary przy kościele Dobrego Pasterza, zaczęłam też dbać o regularne przyjmowanie sakramentów. W grudniu 2011 zebrałam moją mizerną odwagę i po uwielbieniu podeszłam do jednej z dziewczyn, o której sądziłam, że należy do wspólnoty Nowe Jeruzalem i zapytałam, jak się wstępuje do tej wspólnoty. Ona nie wiedziała, ale przedstawiła mi pewną kobietę, której powtórzyłam moje pytanie. Powiedziałam, że jestem po Seminarium i nie chcę stracić tego, co tam otrzymałam i szukam wspólnoty. Okazało się, że szykuje się tam jakiś ślub liderów i najlepiej będzie, jeśli podejdę po kolejnym uwielbieniu. Gdy nadszedł ten dzień okazało się, że… uwielbienia nie było. Drzwi były zamknięte, ta kobieta chyba zapomniała, że się umówiłyśmy, bo Jej też nie było. Uznałam, że… pewnie się pomyliłam, że to widocznie nie ta wspólnota, że to jest znak od Boga i że trzeba szukać gdzieś indziej.

Potem mój świat stanął na głowie. Choroba i śmierć bliskiej osoby mocno mną potrząsnęła. To był jakiś tajfun, który pojawił się bardzo szybko i wszystko poprzewracał. Jakie to niezwykłe, że Bóg przygotował mnie na to przyciągając mnie bliżej do siebie. Nie wiem, jak bym zniosła to wszystko, gdyby nie On.

Po paru miesiącach zaczęłam szukać innej wspólnoty. Okazało się, że w pobliżu Mocni w Duchu prowadzą rekolekcje wielkopostne. Ich owocem była m. in. wspólnota Odnowy w Duchu Świętym, która zawiązała się przy tym kościele. Dołączyłam do niej. W tym czasie trafiłam na stronę odnowa.org. Był tam kiedyś opis rekolekcji, jakie prowadzi Odnowa w Duchu Świętym. Jedne z nich – rekolekcje uzdrowienia wspomnień – szczególnie mnie poruszyły. Głęboko czułam, że są dla mnie, bo miałam ogromne problemy z relacjami, ze swoimi emocjami, jednak uważałam, że jako mama dwójki małych dzieci na pewno nie miałam na nie szans. Myśl o nich nie dawała mi spokoju. Miesiące mijały, a ja lgnęłam całym sercem do pomysłu, żeby tam pojechać. W internecie pojawiły się nawet konkretne terminy. Po ludzku było to niemożliwe, jednak rosła we mnie nadzieja, że się tam znajdę.

Pan odpowiedział na moje pragnienie. Udało się! W dniach od 14 do 21 lipca 2012 roku byłam na rekolekcjach uzdrowienia wspomnień. Dokładnie siedem lat temu. Teraz, gdy były czytania o wyjściu Izraelitów z Egiptu wszystko, czym Pan mnie tam obdarował, wróciło bardzo. Postanowiłam podzielić się tym, co Bóg z wielką mocą zdziałał wtedy w moim życiu. Jak bohater.

Pamiętam nabożeństwo przed Najświętszym Sakramentem. Klęczałam z tyłu. Kapłan powiedział wtedy słowa poznania, że jest tu osoba, która w dzieciństwie była molestowana seksualnie. Powiedział „proś Pana, żeby ci to zabrał, bo to się za tobą ciągnie”. Gdy usłyszałam te słowa poczułam, że z głębi mojego brzucha jedzie jakaś torpeda, jakby była wystrzelona z łodzi podwodnej. Wiedziałam, że nie zatrzymam tej torpedy, co napełniło mnie przerażeniem. Byłam pewna, że tego nie przeżyję i dosłownie rozpadnę się na kawałki. Straciłam kontrolę nad tym, co się ze mną działo. Zaczęłam strasznie płakać. Dotarło do mnie, że tutaj chodzi o mnie. Wróciły wspomnienia, co gorsze, wróciły emocje z tym związane. Jedno wielkie przerażenie. To był tylko początek…

Potem pamiętam jedno ze spotkań wieczornych. W jego trakcie, podczas modlitwy uwielbienia, miałam obraz. Widziałam Jezusa i siebie, małą dziewczynkę, która idzie z Nim za rękę. Wiedziałam, że chodzimy po moim sercu. To wyglądało, jak piwnica w wieżowcu. Był taki korytarz z klepiskiem na ziemi, a wzdłuż tego korytarza były komórki, takie ciasne i ciemne, zamykane drzwiami jak w więzieniu. To było okropne miejsce. Jezus był jednak bardzo spokojny i to dodawało mi otuchy. Na jednym końcu korytarza było dwoje otwartych na oścież drzwi. Za nimi była czarna otchłań. Wiedziałam, że tam się po prostu spada w dół. Jezus podszedł do tych drzwi, zamknął je, a na framudze drzwi na górze namalował dłonią krzyż ze swojej krwi. Najpierw na jednych, potem na drugich. Potem zaprowadził mnie na drugi koniec tego korytarza. Był tam czarny pokój. Ściany był czarne, straszne, a na środku leżała trumna. Wiedziałam, że w niej leżę ja… Uciekłam z tego obrazu. Nie mogłam tego pojąć, Tak wiele się działo… Diakonia modliła się potem: „Łazarzu, wyjdź!”. Oj jak ja bardzo chciałam wyjść! Powiedziałam to Panu w sercu…

W toku rekolekcji pamiętam wieczór w kaplicy. Już pewne rzeczy zaczęły do mnie docierać, zaczęłam widzieć, że pewne moje zachowania nie są w porządku, że ranię innych ludzi. Pamiętam jak patrzyłam na tabernakulum i nagle usłyszałam w sercu słowa „ty jesteś moja, ja cię nigdy nie oddam”. Czułam, że nie są to słowa Jezusa. Nie niosły pokoju, wręcz przeciwnie. Trochę w popłochu wyszłam z kaplicy, poszłam do pokoju pełna strachu. Doszłam do wniosku, że jest tak późno, że muszę iść spać. Chyba chciałam po prostu przestać myśleć, zwłaszcza o tym, kto do mnie właśnie przemówił. To była okropna noc. Ciągle się budziłam, czułam czyjąś obecność w pokoju. Wzięłam do ręki różaniec. Co się obudziłam, to próbowałam się modlić. Wzywałam też świętych- ojca Pio, św. Ritę, św. Gemmę. Nie potrafiłam pójść po pomoc. Nad ranem zmieniłam taktykę, uwielbiałam Boga Psalmem 149, hymnem Magnificat, wzywałam Ducha Świętego i przyszedł spokój. Zrozumiałam, jak bardzo w swoim życiu nie ufałam Bogu, że długo moim bogiem był strach…

Wkrótce opowiedziałam animatorce o wszystkim, co mnie spotkało tej nocy. Zostałam zaproszona na modlitwę uwolnienia (rekolekcje prowadził egzorcysta). To był kolejny krok mojego wychodzenia z Egiptu. Pamiętam jak weszłam do pokoju. Na środku stało krzesło, wokół stało kilka osób i kapłan prowadzący rekolekcje. Zaprosił mnie ciepło, żebym usiadła opowiedziała, z czym przychodzę. Nie miałam wtedy doświadczenia dłuższej modlitwy wstawienniczej, nie bardzo ufałam tym ludziom, w sumie siedziałam z marzeniem, żeby być już za drzwiami. Powiedziałam jednak co się wydarzyło w kaplicy. Podzieliłam się tym, że uważam, że słyszałam głos diabła. Padło wtedy pytanie, czy brałam z nim jakiś ślub. Wtedy nie pamiętałam, że w sumie napisałam cyrograf. Kolejne pytanie dotyczyło tego, czy odrzuciłam dar życia. Wtedy nie pamiętałam, że próbowałam popełnić samobójstwo. Jakie to niezwykłe. Pan to wiedział. To wystarczyło. Rozpoczęła się modlitwa. Pamiętam, że nagle poczułam, że koło mnie coś się kręci. Tak, jakby ciasno wokół mnie biegało kilka zwierząt. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale czułam wręcz poruszenie powietrza. Ten kapłan to chyba wyczuwał. To niezwykłe, bo stał w pewnej odległości ode mnie. Widziałam, jak zbiera się do tego, żeby podejść do mnie blisko. Gdy zaczął iść w moją stronę, widziałam wyraźnie, jak to coś w Niego uderza i sprawia, że On nie może iść tak po prostu, tylko musi się przedzierać. Niezwykłe. Potem osoby, które modliły się w pokoju zaczęły podawać słowa poznania, jedno, drugie, kolejne. Wtedy nic nie pamiętałam. Nie potrafiłam się skupić. Po pewnym czasie modlitwa się skończyła. Zostałam zapewniona, że ta modlitwa przecina więzy zła. Wreszcie mogłam wyjść, zupełnie oszołomiona…

Kolejne wspomnienie dotyczy najważniejszego wydarzenia na tych rekolekcjach – spowiedzi. Pierwszy raz podczas spowiedzi mówiłam o sobie bez owijania w bawełnę. Docierałam do swoich motywacji, bez ogródek nazywałam rzeczy po imieniu. Nie chciałam już być w tej trumnie. Gdy kapłan udzielił mi rozgrzeszenia uklękłam i wtedy On położył mi dłonie na głowie. Wtedy też miałam obraz, widziałam Jezusa, który stoi przede mną zamiast kapłana i trzyma mi ręce na głowie. Zaczęłam bardzo płakać. Doświadczyłam Bożego przebaczenia pomimo tych strasznych rzeczy, które zrobiłam. Doświadczyłam bardzo Jego miłosierdzia. Także w osobie tego kapłana, który okazał mi zwykłe współczucie. Nie potępił mnie. Pan bardzo dotknął mojego serca. Wręcz je podmienił, bo wcześniej było jakby zamrożone, nie wiedziałam co to empatia. Gdy raz miałam przed sobą zdjęcie i miałam określić, co te osoby teraz czują, nie potrafiłam tego uczynić. Od tamtej pory wiele w tym obszarze zaczęło się zmieniać…

Co ważne, na kolejnym uwielbieniu podczas tych rekolekcji znowu chodziłam z Jezusem po moim sercu. Wyglądało już inaczej, zwłaszcza ten czarny pokój – już nie był czarny! Wszystko było białe, nawet trumna, która na szczęście była pusta…

To było moje wyjście z Egiptu. Mocne wyjście. Nie obyło się bez walki, ale wróg został zwyciężony. Moje serce już wie, co to znaczy Boży pokój, moje serce już zna tego, który ma moc złamać zło, moje serce już wie, że jest coś poza strachem. Moje serce już wie, że Jezus jest przy mnie i walczy dla mnie…

Dziękuję Ci Jezu za to wszystko. Dziękuję Ci za Twoją krew, którą nieustannie wylewasz na nas by nas oczyszczać. To chciałam powiedzieć, gdy na ostatnim spotkaniu prowadzący zachęcali, by wyjść i podziękować za to, co działasz w naszym życiu. Dziękuję Ci też za łaskę wiary. Bez niej nic z tych rzeczy nie mogłoby się wydarzyć. Proszę obdarz łaską wiary tych, którzy to przeczytają, a którzy być może potrzebują byś i w ich sercach zamknął jakieś drzwi. Dziękuję Ci za to wyjście z Egiptu. Proszę daj nie wrócić do niego, czy do innej niewoli, bo wróg nie śpi.

Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jak warkocz

Bardzo lubię Uroczystość Najświętszej Trójcy. Pamiętam już w podstawówce próbowałam rozkminić o co w tym chodzi, oczywiście bez rezultatu.

Ostatnio często robiłam córce warkocz, prosiła o niego. Gdy robi się warkocz, trzeba podzielić włosy na 3 równe części, a potem przeplatać jedną przez drugą. Raz podczas plecenia tego warkocza miałam refleksję, że z Trójcą Świętą jest podobnie. Jest spleciona jak warkocz, trudno odróżnić jedno pasmo od drugiego, ale tworzą Ją trzy różne Osoby, co do tego nie ma wątpliwości. Można mieć relację z każdą z Nich razem i z osobna.

Bardzo zostaliśmy wywyższeni.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Żniwo

Janek długo patrzył na tatę, który głaskał po głowie Tomka. “Synuś tatusia, też coś” myślał sobie i czuł, że wzbiera w nim coś silniejszego od niego. Następnego dnia, gdy Tomek jeszcze nie wrócił ze szkoły, a rodzice byli w pracy, przyszedł mu do głowy straszny pomysł, który zrealizował. Zrzucił ze stolika projekt, nad którym Tomek pracował już od dawna i w który włożył wiele wysiłku. Na początku Janek czuł wielką satysfakcję, ale z czasem gorączkowo zaczął zastanawiać się co powie, jak wszyscy wrócą do domu. Gdy Tomek zobaczył, że jego dzieło zostało zniszczone, po prostu rozpłakał się. Janek powiedział mu, że zupełnie przypadkiem, cofając się, wszedł w stolik i projekt spadł i zniszczył się. Tomek mu uwierzył. Rodzice też uwierzyli Jankowi, który postanowił udać roztrzęsienie z powodu zniszczenia, którego dokonał. Wypadł bardzo wiarygodnie.

Zbliżała się Wielkanoc. Janek postanowił pójść do spowiedzi. Tomek i rodzice nie wypominali mu zniszczenia projektu i on sam zaczynał wierzyć w wymyśloną przez siebie wersję wydarzeń. Podczas rachunku sumienia czuł, że powinien przyjrzeć się tej sytuacji, ale szybko dał się wybić ze skupienia i ostatecznie podczas spowiedzi powiedział to, co zawsze.

To musi być trudne widzieć to, co robimy, widzieć dokładnie dlaczego to robimy, znać motywacje naszych czynów, niejednokrotnie do głębi podłe, a potem słuchać, jak się spowiadamy. Czasem to brzmi tak, jakbyśmy mówili o życiu kogoś innego, a nie o własnym.

To musi być trudne widzieć, że podczas spowiedzi zupełnie nie myślimy o Tobie, o tym, że w ten sposób wracamy do Ciebie, że to całe wyznawanie grzechów służy temu, żeby pojednać się z Tobą, sobą i bliźnimi, wrócić do domu. Podczas spowiedzi wchodzimy w Twój pokój wysłużony na krzyżu, na którym pokonałeś nasz grzech. Im bardziej przyjrzymy się naszemu sercu, tym lepiej przygotujemy je do spotkania z Tobą w Eucharystii. Przygotowując się dokładnie dajemy Ci znać, że traktujemy Ciebie i naszą relację naprawdę poważnie.

To musi być trudne.

Mamo, proś Ducha Świętego, by otworzył nam oczy, proszę…

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Czy ty byś wyszedł?

Celowo ty w tytule napisałam małą literą. Tutaj to tak łatwo przychodzi, JA szybko można zmienić na Ja, potem na ja, TY na Ty, a potem na ty. W rzeczywistości jest to dużo trudniejsze i czasem wielkimi literami napisane jest w naszym życiu coś tak naprawdę nieistotnego.

Zastanawiałam się kiedyś nad wystawieniem Najświętszego Sakramentu. W mojej parafii zazwyczaj ma to miejsce w pierwszy piątek i w pierwszą niedzielę miesiąca i oczywiście podczas różnych nabożeństw. Kiedyś, podczas jednego z tych nabożeństw, przyjrzałam się sobie z boku i zadałam sobie pytanie, co ja tak naprawdę właśnie robię. Oto razem z innymi osobami klęczę przed białą hostią umieszczoną w monstrancji. Jeśli spojrzeć na to bez wiary, wygląda to po prostu dziwnie. Postawiłam siebie wobec wyboru tego, czy ja to przyjmuję, że moja wiara zakłada oddawanie czci Bogu właśnie w taki sposób. Zastanawiałam się nad tym przez jakiś czas, ale uznałam, że nawet, jeśli jest to na ten moment dla mnie dziwne i niezrozumiałe i rodzi wiele pytań, to wchodzę w to. Świadomie wybrałam wiarę katolicką i świadomie wybieram oddawanie czci Bogu w Najświętszym Sakramencie. Nie mieści mi się w głowie bycie katolikiem i wybieranie sobie z tej wiary to tak, to nie. Albo komplet, albo to już jest coś innego.

Chciałam sobie jakoś pomóc wejść głębiej w to spotkanie. Zadałam sobie pytanie z kim ja się spotykam podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Zaczęło do mnie docierać, że jest to spotkanie z żywą OSOBĄ, co więcej, jest to spotkanie z KRÓLEM. Przypominały mi się sceny z filmów, gdzie widać salę tronową, w oddali tron, na nim króla. Wokół niego cały dwór, nie każdy może wejść i spotkać się z królem. Obowiązuje ścisła etykieta, trzeba oddać pokłon, nie wszystko można powiedzieć. Król jest w centrum, wiele osób wyczekuje choćby na jedno jego skinienie, żeby mu usługiwać. Dla większości mieszkańców danej ziemi spotkanie z królem było co najwyżej marzeniem.

Patrzę na hostię i widzę innego Króla. Pomyślałam sobie kiedyś, jak Tobie Jezu musi być trudno. Wychodzisz do nas wystawiony przez kapłana, patrzysz i widzisz tłum ludzi. Znasz ich serca, znasz ich myśli. Widzisz każdy moment uwagi skierowanej właśnie na Ciebie, ale wiesz też ile osób zerka na zegarek, ile ziewa, ile zastanawia się co będzie na obiad, ile podziwia płaszcz osoby klęczącej przed sobą, ile osób bezmyślnie śpiewa pieśń… Wychodzisz raz, drugi, trzeci, cały czas nie zmieniasz nastawienia, cały czas cierpliwie czekasz, aż po prostu zobaczą, że JESTEŚ. Nie obrażasz się, nie wchodzisz w urazę, nie narzucasz się, po prostu kochasz, cierpisz i kochasz. Potężny Bóg, dawca wszelkiej łaski, jedyny Odkupiciel, cichy chleb.

Zadziwiasz mnie.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 2 komentarze

A miłości bym nie miał

Miłość pragnie dawać miłość. To jest nasze serce, nasze najgłębsze ja. To jest obraz i podobieństwo. To jest najpiękniejszy klejnot, jaki otrzymaliśmy. Wszyscy, bez wyjątku. Tak długo, jak nasze życie nie przypomina tej dynamiki, trwamy w napięciu między tym, co mamy, a tym, czego w głębi – nawet nieświadomie – pragniemy.

Jeśli trwamy przy Panu, a uciekamy od swojej wrażliwości, od dawania miłości, to tak, jakbyśmy byli zapchanym sitem w kranie, bo sami czerpiemy, ale nie dajemy tym, którzy może nawet nie wiedzą, gdzie jest źródło. To za dużo dla naszego serca. Im więcej jest sytuacji, w których otrzymujemy od Pana wyraźne zaproszenie być coś dać z siebie, gdy słyszymy ciche natchnienie, by zrobić coś dobrego nawet dla tych, którzy nas poranili, a nie słuchamy, nie wypełniamy tego, tym twardsze staje się nasze serce. Wtedy do akcji wkracza mechanizm podtrzymania dobrego samopoczucia, który usiłuje zagłuszyć nasze sumienie. Pojawia się wysiłek, żeby jakoś ukryć przed samym sobą, że wybraliśmy źle, że postąpiliśmy wbrew Miłości, wbrew sobie, wbrew swojemu sercu. Zaczynamy racjonalizować, uciekać w coś, co nas pochłania, pokazujemy sobie, że jest inna droga do szczęścia. Pudło. Nie ma. Jeśli Miłość o coś prosi, to możemy zrobić 1000 innych, nawet większych rzeczy, ale serce będzie znało prawdę. To tak, jakby prosiła nas o coś ukochana mama, a my zamiast tego, o co prosi, dali Jej wiele innych rzeczy. Będzie Jej przykro po prostu, a nam będzie ciężko spojrzeć Jej w oczy. Będziemy się od Niej oddalać, oddalać od samych siebie, gdy będzie to już nasza postawa staniemy się samotną wyspą. Wyspa to po włosku isola. Isola -> izolacja.

Boże, jak dobrze, że jesteś tak cierpliwy! Bo rozumieć to jedno, ale wykonać?

Każdego dnia dziękuj za dary, które dajesz i które otrzymujesz. A wtedy zrodzi się miłość, która przykryje wszystkie Twoje wady i ludzie będą chcieli z tobą przebywać.

Ot, taka kropla, która – daj Panie Boże – wydrąży skałę.

Amen!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Zawsze tam, gdzie ty

Pod drzwiami gospody

Jest takie miejsce
gdzie zawsze jesteś mile widziany
gdzie wciąż ktoś na ciebie czeka
gdzie nie usłyszysz, że jest już za dużo gości

Jest takie miejsce
gdzie nigdy nie będziesz “nie dość” albo “za bardzo”
gdzie nie musisz być jakiś na wyrost
gdzie prawda otwiera drzwi pokojowi

Jest takie miejsce
gdzie możesz ogrzać swoje serce
gdzie zatapiasz się w Miłości, która pragnie ciebie
gdzie możesz się nasycić

Jest takie miejsce
tylko połóż dłoń na klamce
tylko chciej otworzyć
tylko przyjdź

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj

Zamiast promocji

W zakrętach codzienności znalazłam zakątek ciszy. Usiadłam i zamknęłam oczy. Zajrzałam w głąb siebie, gdzieś w okolice serca, ze świadomością, że Ty jesteś tam cały czas. Milczący. Postanowiłam potowarzyszyć Ci w tym milczeniu. Po prostu skupiłam uwagę na tym, że JESTEŚ. Starałam się odsuwać kolejne myśli, które chciały mnie wytrącić ze skupienia. To tak, jakby odwiedzać kogoś, kto chce być zauważony, ale nie chce się narzucać, więc czeka, aż sam wyjdziesz z inicjatywą. Już chciałam wyjść, kiedy usłyszałam…

– kocham cię…

 

Taki wpis na Black Friday, gdy ktoś lub coś próbuje odwrócić moją uwagę od tego, z czym piątek powinien się wiązać.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Zaczynaj z wizją końca

Chodziłam ostatnio z takim pytaniem – co to znaczy być kobietą spełnioną? Po czym poznam, że jestem spełniona? Na fali rozeznawania zmiany pracy/zawodu wyobrażałam sobie siebie np. otoczoną gromadką dzieci niepełnosprawnych intelektualnie – może tu poczuję to coś?

Powróciło do mnie dziś wspomnienie z dzieciństwa. W moim bloku mieszkała taka Pani z dwójką dzieci. Codziennie wieczorem chodzili na mszę świętą. Tacy zagadani, nieśpiesznie, dobrze czujący się ze sobą, za ręce. Lata mijały, dzieci rosły, ale podążali wciąż w tym samym kierunku.

Olśniło mnie. Czy ja chcę od życia czegoś więcej? Czy uznam, że byłam dobrą żoną, mamą, jeśli nie zrealizuję tego obrazu z dzieciństwa i w mojej rodzinie? Jeśli Maryja – najpiękniejsza z kobiet – spełnia się w prowadzeniu do źródła, do Jezusa, do Eucharystii, to czy jakakolwiek kobieta będzie spełniona robiąc coś innego?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj

Pod prąd

Księga Mądrości, rozdział 5:
1 Wtedy sprawiedliwy stanie z wielką śmiałością
przed tymi, co go uciskali
i mieli w pogardzie jego trudy.
2 Gdy ujrzą, wielki przestrach ich ogarnie
i osłupieją na widok nieoczekiwanego zbawienia.
3 Powiedzą pełni żalu do samych siebie,
będą jęczeli w utrapieniu ducha:
4 «To ten, co dla nas – głupich – niegdyś był pośmiewiskiem
i przedmiotem szyderstwa:
jego życie mieliśmy za szaleństwo,
śmierć jego – za hańbę.
5 Jakże więc policzono go między synów Bożych
i ze świętymi ma udział?
6 To myśmy zboczyli z drogi prawdziwej,
nie oświeciło nas światło sprawiedliwości
i słońce dla nas nie wzeszło.
7 Nasyciliśmy się na drogach bezprawia i zguby,
błądziliśmy po bezdrożnych pustyniach,
a drogi Pańskiej nie poznaliśmy.
8 Cóż nam pomogło nasze zuchwalstwo,
co dało chełpliwe bogactwo?
9 To wszystko jak cień przeminęło
i jak wieść, co przebiega;
10 jak okręt prujący pieniącą się toń:
śladu jego nie znajdziesz, gdy przeszedł,
ni bruzdy po jego spodzie wśród fal;
11 jak się nie znajdzie żaden dowód przelotu
ptaka, szybującego w przestworzach:
trzepoczące skrzydła przecięły lekkie powietrze,
uderzeniem piór smagane
i prute z gwałtownym szumem –
znaku przelotu potem w nim nie znajdziesz.
12 Jak gdy się strzałę wypuści do celu,
rozprute powietrze zaraz się zasklepia,
tak że nie poznasz jej przejścia –
13 tak i my: zniknęliśmy, [ledwie] zrodzeni,
i nie mogliśmy się wykazać żadnym znakiem cnoty,
aleśmy zniszczeli w naszej nieprawości».

Znosić wszelkie przeciwności tak jak On.
Ufać, że to jest po coś.
Dać się przeprowadzić.
Chronić serce przed zwątpieniem.
Wyczekiwać obietnicy Ojca.
Zostawić ślad.
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Przemiana

Kiedy dwa serca spotykają się ze sobą po pewnym czasie stają się tak do siebie podobne, że nie sposób odróżnić jedno od drugiego.

Pan Jezus do św. siostry Faustyny: „Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie” (Dzienniczek św s. Faustyny, wpis 1728).

Spotykać się z Nim sercem – pamiętać o Nim, mówić do Niego, słuchać Go, wyglądać Go, szukać Go, przyjmować Go, adorować Go…

A potem dać czasowi czas…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj