Na urodziny

Dziś Boże Narodzenie. Urodziny Jezusa. W sumie dopiero wieczorem zaczęłam się zastanawiać nad prezentem dla Niego. Zastanawiałam się, czego On pragnie, co chciałby dostać na urodziny. Przypomniało mi się, jak mówił, że pragnie dusz, albo jak mówił, że pragnie miłości, że jest Żebrakiem Miłości. Stąd ten skromny wpis. Na urodziny.

Jakiś czas temu udało mi się przekonać męża do odwiedzin Pasierbca. Mamy taki zwyczaj, że przy okazji będąc tu, czy tam, odwiedzamy miejsca kultu Maryi. W Pasierbcu jest czczona Matka Boża Pocieszenia. Byliśmy tam na mszy św. Wychodząc zauważyłam, że koło wyjścia, na stoliku, leży stos książek. Ministrant widząc, że się na nie patrzę powiedział, że są do wzięcia. Tak po prostu. Zdziwiłam się i wzięłam jedną. Autorem jest ks. Mariusz Bernyś, a tytuł to „Potęga nadziei. Opowieść o cierpieniu człowieka i miłosierdziu Boga”. To był prezent dla mnie, bo wciąż tak trudno mi zrozumieć, że jak dzieje się coś trudnego, to nie znaczy to, że Bóg mnie opuścił.

Gdy wszystko wokół zaczyna się trząść moja wiara i zaufanie chowają się ze strachu.
Jak podczas burzy na jeziorze.
Ciężko mi wtedy myśleć, że Bóg jest miłosierny.
Nie rozumiem tego Jego miłosierdzia.
Nie mogę jednak zaprzeczyć jednemu: gdy dzieje się coś trudnego, coś dziwnego dzieje się ze mną.
Robię się wrażliwsza na ludzi, zwłaszcza na tych, którzy mają podobny kłopot.
Mięknę w środku i łatwiej mi jest spotkać Pana w prawdziwej modlitwie, a nie w bezmyślnym gadulstwie.
Wtedy samo trwanie przed Nim, mimo nierozumienia, jest przepiękną modlitwą.
Może to za duże słowa, ale tylko w momentach cierpienia zdarza mi się być miłosierną.
Tylko wtedy moje serce jest na tyle otwarte, że może dotykać cudzych cierpień i nie ranić ich jeszcze bardziej.
Nie ma miłosierdzia bez cierpienia.

„Między sercami”

w miłości bądź doskonały
Ja, Jezus liczę na ciebie
że oddasz się jej jak Ja cały
i Ojciec w niebie

bądź doskonały w miłości
a miłość się w tobie staje
kiedy nie szukasz siebie
tylko się dajesz

dla niej warto się zgubić
stracić grunt pod nogami
i tak cię w życiu odnajdzie
między sercami

spójrz na Mnie w koronie cierniowej
jak milcząc, na ciebie liczę
i odkryj w cierpieniu miłości
własne oblicze

ks. Mariusz Bernyś

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Napawać się Jego miłością

Nasz duch charakteryzuje się tym, że zwykle powinien długo pozostawać pod działaniem jakiejś myśli, aby zostawiła ona w nim długotrwały ślad; nic z tego, co przechodzi przezeń przelotnie, nie pozostaje w nim naprawdę ani go nie przemienia. Musimy więc teraz wystawić się na działanie myśli o Bożej miłości, jak ziemia każdego dnia wystawia się na działanie słońca, by otrzymać od niego światło, ciepło i życie. Nie może się to dokonać inaczej, jak tylko przez radzenie się Bożego objawienia. Bo kto inny mógłby nas zapewnić o tym, że Bóg nas kocha, jeśli nie sam Bóg? (..) Gdyby całe Pismo Święte mogło nagle przemienić się ze słowa pisanego w słowo wypowiadane,stając się wyłącznie głosem potężniejszym od huku wzburzonego morza, wołałoby „Bóg was kocha!” (z „Życie w Chrystusie. Duchowe przesłanie listu do Rzymian”, o. Cantalamessa).

Wracam do mojej walki.
Znowu coś mnie przerosło.
Znowu dałam się dotknąć do żywego.
Znowu przegrałam walkę na myśli.

Zamiast myśleć
„Nie lękaj się, bo Ja jestem z Tobą” (Iz. 41, 10)
cała staję się lękiem.

Zamiast pamiętać, że
„Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki,
zamieszkał na krańcu morza:
Tam również Twa ręka będzie mnie wiodła
i podtrzyma mię Twoja prawica.” (Ps. 139, 9-10)
myślę, że jestem sama i nie dam sobie rady.

Zamiast odpocząć w myśli
„A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt, 28, 20)
szamotam się i ginę.

Cóż. To znak, że ZA KRÓTKO karmiłam ducha Słowem, które daje Życie.
Po prostu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Za szybko

I uciekł pierwszy kwartał.
Uciekł dosłownie, a może przeciekł?
Podoba mi się ta modlitwa, w sam raz, żeby życie tak nie przeciekało:

O Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to,
co mogę zmienić
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Pozwól mi, cały ten dzień przeżyć
w świadomości upływającego czasu.
Pozwól mi rozkoszować się chwilą
w świadomości jej ograniczenia.
Pozwól mi zaakceptować konieczność,
jako drogę do wewnętrznego pokoju.
Pozwól mi, za przykładem Jezusa,
przyjąć także ten grzeszny świat, jakim jest,
a nie, jakim ja chciałbym, aby był.
Pozwól mi Tobie zaufać,
że wszystko będzie dobrze,
jeśli zdam się na Ciebie i Twoją wolę.
Tak będę mógł być szczęśliwym w tym życiu
i osiągnąć pełnię szczęścia z Tobą
w życiu wiecznym. Amen.

I tyle na dziś.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Nowy Rok – nowe plany

W tym roku jestem zaskoczona swoim noworocznym optymizmem. Nie, to chyba już nie optymizm, tylko bardziej ZAUFANIE.
Kiedyś, gdy nie znałam Jezusa nie snułam planów na przyszłość. Byłam jak taki listek w jesieni – gdzie mnie życie popchnęło tam byłam. To życie żyło mnie, a nie ja życie. To okoliczności kierowały moimi wyborami, a nie to, czego chcę, czego pragnę, o czym marzę, gdzie chcę dojść. Kiedyś nie chciałam nigdzie dojść. No może do grobu.
Był taki straszny czas w moim życiu, gdy wiele czasu spędzałam na zastanawianiu się nie nad tym, czy skończyć ze sobą, ale nad tym jak to zrobić. Brałam pod uwagę różne opcje. Gdyby ktoś mi powiedział wtedy, że przyjdzie taki czas, że w Nowy Rok będę CIESZYĆ SIĘ na to, co Pan dla mnie przygotował, że będę najzwyczajniej w świecie radośnie podekscytowana tym, że żyję, to chyba bym tego kogoś zgasiła śmiechem. A tu proszę jak mi się pozmieniało 😀

Po tym, jak zrobiłam już tyle kroków na drodze z Jezusem wiem, że marzeniem złego jest doprowadzić nas właśnie do takiego stanu. Do beznadziei, do pragnienia śmierci. Niestety wielu idzie za tym głosem szukając ulgi w cierpieniu. Niestety jest to ulga chwilowa, a przecież tak nie musi być! Człowiek funkcjonuje na płaszczyźnie ciała, duszy i ducha. To, jak się czuje sam ze sobą jest mocno uzależnione od tych płaszczyzn. Można być zdrowym, ale rozbitym wewnętrznie, pełnym czarnych scenariuszy jak ja kiedyś. U mnie ten straszny stan wynikał z wielu przyczyn. Byłam opuszczonym dzieckiem. Fizycznie miałam rodziców, ale generalnie nie byłam z nimi związana. Właśnie brak tych podstawowych więzi wpłynął na to, że nie umiałam ich zawiązywać z innymi. Wokół mnie była pustka. W tę pustkę wpychałam różne rzeczy, żeby tak nie bolało. Nie nazywałam wtedy tak mojego stanu, ale teraz widzę, że było ciężko i smutno. Potem, gdy miałam kilka lat, zdarzyło się coś, co na długie lata ukryłam przed samą sobą – byłam ofiarą molestowania seksualnego. Zbagatelizowałam to zdarzenie, nikomu nie powiedziałam, ale potem zrobiłam się potwornie lękliwa. Bardzo mało wychodziłam z domu, ciągle czytałam książki, zatopiłam się w świecie iluzji i wyobrażeń. Potem zaczęłam chodzić do kościoła na spotkania Oazy Dzieci Bożych. To mi dużo dawało – dobrze się czułam, ale gdy wracałam do domu dopadała mnie taka beznadzieja, że jak sobie przypomnę, to mi smutno. Oczywiście złych zdarzeń było jeszcze kilka np. o mało nie rozjechał mnie samochód, gdy wbiegłam nagle po zabawki, które mi się rozsypał. Pamiętam, że to był żuk. Gość odbił na chodnik – to mnie uratowało. Itp itd. Nie, wtedy nie myślałam o przyszłości. Miałam przekonanie, że długo nie pożyję.

Do tego miałam sąsiadkę, która była koleżanką mojej siostry. Obie miały pomysły nie z tej ziemi. Np. mając kilka lat, dla zabawy, napisałam… cyrograf!!! Co prawda nie podpisałam go, ale myślę, że to nie miało już znaczenia. Zdarzyło mi się też dla zabawy wywoływać duchy, stawiać Tarota, pamiętam jak siedziałam przed Kaszpirowskim. Teraz jak sobie o tym pomyślę to tak, jakbym sama kupiła sobie bilet do piekła. Wszystkie te historie to potężne zagrożenia duchowe. Nie dziwota więc, że czułam się tak beznadziejnie, kiedy sama sobie założyłam pętlę na głowę. Wtedy po prostu myślałam, że to zabawa. Dla złego to nie była zabawa. Zbierał kwity na moją duszę. Tak samo działa chodzenie do wróżki, czy do bioenergoterapeuty. To tak, jakby otworzyć złemu drzwi i powiedzieć, że teraz może zniszczyć moje życie, proszę bardzo. Że też wtedy tego nie wiedziałam! Oszczędziłabym sobie wiele cierpienia.

No ale przecież nie po to Jezus umarł za mnie na Krzyżu. Nie po to przelał swoją cenną Krew, żeby mnie zostawić w takim stanie! Teraz widzę, jak z każdą spowiedzią, każdą Komunią wracałam do życia. Jezus jest Życiem, więc przychodząc do mnie w sakramentach wyprowadzał mnie powoli na wolność. Skorzystałam ze środków, jakie Jezus daje duszom w orędziu Bożego Miłosierdzia. Przytachałam z Łagiewnik obraz Jezu Ufam Tobie, zaczęłam czytać Dzienniczek s. Faustyny i po prostu… uwierzyłam Mu!

Jezus mówi m. in.:

Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale będzie już za późno (1448).

Kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z serca Mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. (…) Z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic. Strumienie Mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska Moja odwraca się od nich do dusz pokornych (1602).

Pragnę jednoczyć się z duszami ludzkimi; rozkoszą Moją jest łączyć się z duszami. (…) Kiedy przychodzę w Komunii św. do serca ludzkiego, mam ręce pełne łask wszelkich i pragnę je oddać duszy, ale dusze nawet nie zwracają uwagi na Mnie, pozostawiają Mnie samego, a zajmują się czym innym. O, jak Mi smutno, że dusze nie poznały Miłości. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym (1385).

Ach, jak Mnie to boli, że dusze tak mało się łączą ze Mną w Komunii św. Czekam na dusze, a one są dla Mnie obojętne. Kocham je tak czule i szczerze, a one Mi nie dowierzają. Chcę je obsypać łaskami one przyjąć ich nie chcą. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym, a przecież mam serce pełne miłości i miłosierdzia. Abyś poznała choć
trochę Mój ból, wyobraź sobie najczulszą matkę, która kocha bardzo swe dzieci, jednak te dzieci gardzą miłością matki; rozważ jej ból, nikt jej nie pocieszy. To słaby obraz i podobieństwo Mojej miłości (1447).

Choć na pozór nie ma we Mnie śladu życia, to jednak w rzeczywistości ono jest w całej pełni i to w każdej Hostii zawarte; jednak abym mógł działać w duszy, dusza musi mieć wiarę. O, jak miła Mi jest żywa wiara (1420).

To wszystko jest prawda. Wiem jak było, wiem jak jest.

Nie ja jedna byłam daleko.

Wyrwani z niewoli – świadectwo Piotra i Jacka

Ważne, że dziś cieszę się tym, co ma nadejść!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Bóg ma plan!

Narodził się.
Dawniej cieszyłam się widząc Dzieciątko. Teraz od razu myślę o Krzyżu. W końcu po to się narodził. Ciekawe o czym myślała Maryja?

Ogromną łaską było dla mnie przeczytanie książki „Cień Ojca” Jana Dobraczyńskiego. Książka opisuje czas Zwiastowania, podróży do Betlejem, porodu, ucieczki do Egiptu i życia w Nazarecie z perspektywy św. Józefa. Generalnie pomimo tego, że był oddany Bogu, miał trudności z pogodzeniem się z tym, że nie będzie prawdziwym Ojcem Dzieciątka, a jedynie Cieniem Ojca.

Dziś na mszy był chrzest 9 dzieciaczków. Pomyślałam, że tak naprawdę to każdy ojciec jest cieniem Ojca. Relacja z ojcem ma kolosalne znaczenie dla późniejszej relacji z Bogiem. Ciężko wejść w relację z Bogiem, gdy nie ma się relacji z własnym ojcem. Łatwo wyobrazić sobie, że skoro ten tutaj się mną nie interesuje, nie zna mnie, nie ma dla mnie serca, to tamten pewnie tak samo. Często zranienia otrzymane od ojca zatrzymują nas w patrzeniu na przeszłość, wpływają na nasze wybory nawet gdy mamy kilkadziesiąt lat. Zatrzymują nas w podróży do Domu Ojca.

Jest taki werset z Psalmu 45, obok którego nie mogłam przejść obojętnie:

„11 Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha,
zapomnij o twym narodzie, o domu twego ojca!
12 Król pragnie twojej piękności:
on jest twym panem; oddaj mu pokłon!”

I jeszcze ta piosenka Misty Edwards – Arms Wide Open…

Ja zatrzymałam się w podróży. Żyłam przeszłością, wałkowałam utarte schematy zamiast patrzeć na to, czego pragnę, jak chciałabym ułożyć swoje życie. Słyszałam o planie Boga na moje życie, ale wydawało mi się to takie nierealne. Plan dla mnie? Tylu ludzi na Ziemi, a On ma plan właśnie i tylko dla mnie? Dobrze zrozumiałam to, gdy zaczęłam przekazywać wiarę dzieciom. Wyobraziłam sobie Boga, który przed posłaniem na Ziemię bierze każde małe dziecko na ręce, patrzy mu w oczy, całuje w czoło i mówi „Jesteś mój! Kocham Cię i znam Cię! Hojnie Cię obdarowałem. Mam dla Ciebie wielki plan! Chcę, żebyś był szczęśliwy. Chcę, żebyś radował się Mną, był blisko ze mną, a Ja wtedy pomogę Ci w osiągnięciu pełni Twego serca!” Dzieci tak lubią tego słuchać! Sama lubię siebie wtedy słuchać 🙂 Zupełnie jak w tym fragmencie Księgi Ozeasza (Oz 11, 3-4):

„3 A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima,
na swe ramiona ich brałem;
oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich.
4 Pociągnąłem ich ludzkimi więzami,
a były to więzy miłości.
Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę –
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.”

Niestety mało ojców wie, że ich rola polega na tym, żeby – tak jak Józef – zadbać o byt rodziny, zapewnić jej bezpieczeństwo, miłować żonę, córce powiedzieć, że jest piękna, synowi, że ma wszystko czego potrzeba mężczyźnie, ale przede wszystkim ma on wprowadzić dzieci w Boży Plan dla ich życia.
W wyobraźni nasuwa mi się taki obraz ojca, który wychodzi z domu z dzieckiem na drogę, idzie z nim przez pewien czas, a potem zatrzymuje się i patrzy jak dziecko odchodzi w stronę horyzontu. Dziecko rusza w swoją własną podróż, ale nie samo. Wyciąga rękę do nieba, a z nieba ku niemu sięga potężna dłoń, która poprowadzi go do pełni życia.

Właśnie to mamy dzięki Jezusowi. Dzięki temu że naprawdę przyszedł na świat. Jak w tym fragmencie o Słowie

J 1, 12-14:
„12 Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,

tym, którzy wierzą w imię Jego –
13 którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
14 A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.”

A co znaczy być Dzieckiem Bożym? Odpowiedziała mi Edyta Stein.

„Być Dzieckiem Boga, znaczy oddać się w Ręce Boga, czynić Jego Wolę, złożyć w Jego Boskie Ręce swoje troski i swoje nadzieje, nie męczyć się obawą o przyszłość. Na tym polega prawdziwa wolność i wesele Synów Bożych.”

Takie to się wydaje nierealne. Niedzisiejsze, kiedy sami bierzemy na siebie troskę o jutro. Ale to jest to, czego pragnę. Czy może być większa przygoda życia, niż odkrycie tego, co Bóg złożył w moim sercu? Zrealizowanie na maksa moich talentów? Ma się rozumieć, nie ma co liczyć na to, że będzie lekko i przyjemnie. Z perspektywy Krzyża plan Boga dla Jezusa wydaje się mało zachęcający. Jednak ten plan jeszcze się nie wypełnił. Jezus powróci w chwale! Taki plan Ojciec miał dla Niego. Jaki ma dla mnie?

Boże, dodaj mi odwagi do wejścia na tę drogę, na którą nie wprowadził mnie mój ojciec.
Chwieją się moje kolana wiary, ale stawiam swoją stopę na tej drodze i pytam „co masz dla mnie?”.
Chcę to wiedzieć.
Złap mnie za rękę i prowadź do pełni życia!

Amen

Odwagi!

🙂

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Mary’s Land. Ziemia Maryi.

Niedawno obejrzałam ten film wspomniany w tytule i po prostu mnie rozwalił.
Nie dość, że pokazuje dobroć i opiekę Maryi względem nas, to pokazuje coś jeszcze – to, że Bóg Ojciec stale nas szuka, wiedząc, że bez Niego spotykamy śmierć.
Dokładnie to jest sedno mojej walki – wiara w dobroć Boga, zwłaszcza, gdy dzieje się coś, co mnie przerasta.

Na szczęście od dłuższego czasu praktycznie nie śledzę mediów – tv i radio mogłyby dla mnie nie istnieć. Raz po prostu siedziałam przed serialem „Przepis na życie” i nagle błysnęła mi myśl „zobacz, co Ty oglądasz”. Wtedy z pełną siłą dotarło do mojej świadomości, że właśnie widzę małżeństwo w rozkładzie, kolejny związek na tapecie, a ja jeszcze temu przyklaskuję w imię „bo przecież ona jest w ciąży to nic to, niech ten nowy się nią przynajmniej zajmie, jak mąż nie chciał”. Generalnie moje zasady rozmiękczają się razem z każdą minutą spędzoną przed cudzym, serialowym życiem, a potem mam problem z określeniem co jest dobre, a co złe, co można zrobić, a co jest wbrew moim wartościom. Po prostu mój system wartości zmieniał swoje granice bez mojego w tym udziału! Jak mnie olśniło, tak cokolwiek oglądam, to widzę cały syf, który kryje się za tym, więc generalnie nie oglądam.
Teraz na tzw lunchu koledzy rzucają aluzje o tym, co pokazali w jakimś tam programie, reszta od razu to podchwytuje, a ja jak zwykle nie wiem o co chodzi. No i najważniejsze – jestem z tego dumna :-))) Uruchomił mi się krytycyzm, zmienił się próg wrażliwości. Nie jestem w stanie spokojnie obejrzeć np. nagrania z tego, jak ktoś jest rozjeżdżany przez samochód. Jak kiedyś zobaczyłam taki filmik to bardzo to przeżyłam. Kiedyś nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. No i oczywiście przynajmniej tv odpadło w wyścigu o to, co ukradnie mi więcej czasu.

No ale wracam do meritum. Myślę, że gdybym oglądała tv i słuchała o tych wszystkich tragediach na świecie jeszcze trudniej byłoby mi mówić o tym, że Bóg jest dobry. Tymczasem, jak się nad tym zastanowić, pytanie brzmi: skoro całe zło jest winą Boga, to co robi zły? Chyba najlepszą odpowiedzią jest – udaje, że go nie ma i równocześnie podkręca nas do upatrywania źródła wszelkiego zła w tym, który jest Miłością, przynajmniej takie myśli rodzą się w mojej głowie. Żyję w epoce wielkiego kłamstwa. Dobro nazywa się złem, zło dobrem.

Bóg szuka mnie w każdej chwili. Chce mi ofiarować Swoją Miłość, czyli tak naprawdę to, czego całe życie szukam. Zapewnia mnie o tym, że nie będzie patrzył na moje grzechy, żebym nie obawiała się Jego sprawiedliwości. Chce mi odebrać cały wstyd i poczucie winy oraz cały syf, który przyczepia się do człowieka, gdy ten czyni zło. Chce mi dać pełnię życia, wydobyć całe piękno i dobro, które mam w sobie. Chce przemienić wszystkie te obszary w moim życiu, które obecnie jawią się jako beznadziejne. Chce dotykać mojego wnętrza, leczyć moje rany, podnosić mnie na duchu, chce pomagać mi wejść w dobre relacje i naprawić te, które są kiepskie. Chce mi dać szeroko pojęte zdrowie. Chce ukazać mi swój plan na moje życie, plan który głęboko tkwi w moim sercu i którego w głębi jestestwa pragnę dla siebie. Chce mi dać ZBAWIENIE, wysłużone dawno temu na KRZYŻU.

Zaprasza w każdym kościele, na każdej Mszy Świętej. Mt 11, 28 „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”.

A tutaj coraz więcej ludzi uważa, że to nieprawda. Że Bóg wręcz nie ma takiej mocy, żeby człowieka podnieść, umocnić i uczynić go szczęśliwym.

Nie zgadzam się! Choć wiele razy padam i daję się nabrać na te bzdury, to wiem, że gdy trwam przy Nim moje życie zyskuje nowy wymiar. Przykład?

Piątek, jakieś 3 tygodnie temu. Mam wziąć auto służbowe i zawieźć dokumenty do miasta. Bałam się, bo zazwyczaj jeżdżę małym autem, a tutaj mam wziąć duże i do tego nowe, z dziwnymi, nowoczesnymi rozwiązaniami, więc dodatkowy stres, jeśli coś zrobię nie tak. Już miałam się wycofać i wykręcić, kiedy powiedziałam „Panie, wierzę, że mi pomożesz, bo jesteś ze mną!”. Wsiadłam, bez problemu wiedziałam co gdzie jest, nawet słońce wyszło. Objechałam szczęśliwie, siadam przy biurku i dostaję sms od koleżanki ze słowem dla mnie: Pwt 1, 31 „Pan niósł cię, jak niesie ojciec swego syna, całą drogę, którą szliście”. Dodam, że nic jej nie mówiłam o moim samochodowym dylemacie…

To był drobiazg. Jeśli Bóg tak troszczy się o nas w drobiazgach, to jak troszczy się w rzeczach wielkich?
On mnie wciąż szuka. Jak padam podnosi mnie, często przez drugiego człowieka, przez Kościół. Tylko trzeba zauważyć Jego troskę, dostrzec Jego obecność i uwierzyć, że ten Jego plan jest dla mnie, że szczęście jest dla mnie, że miłość jest dla mnie, dobro jest dla mnie i że On mi to da.

Bo jest DOBRY. O!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Ecce Homo

Dziś przypomniała mi się moja pierwsza msza o uzdrowienie. Jeszcze 3 lata temu nie wiedziałam o istnieniu takich mszy. To taka specyficzna msza połączona z adoracją Najświętszego Sakramentu i modlitwą i uzdrowienie. Często w jej trakcie posługują osoby, które mają dary Ducha Świętego, np. dar poznania i mówią zebranym, że Jezus uzdrawia to i to, albo że Jezus dotyka takiej i takiej osoby.

Pierwszy raz poszłam na tę mszę chyba właśnie w październiku 2011. Powiedziała mi o niej koleżanka z Seminarium Odnowy. Msza odbywała się w kościółku Ecce Homo u sióstr Albertynek w Krakowie. Co było dziwne – i miejsce było dla mnie szczególne i prowadzący okazał się kimś mi znanym. Mszę prowadził ks. Jan Reczek, którego poznałam na kursie animatorskim w przeszłości, natomiast miejsce – mieszkałam bardzo blisko tego kościółka. Zaglądałam do niego już jako dziecko. Wizerunek Jezusa w obrazie Ecce Homo św. brata Alberta był mi od dziecka bardzo drogi. Żal mi było tego umęczonego Jezusa, wyśmianego, pobitego, odrzuconego. Już wtedy przychodziłam dotrzymać mu towarzystwa, a tu proszę. Pierwsza msza o uzdrowienie właśnie tam!

Obraz Ecce Homo

W ogóle nie wiedziałam o co prosić. Nie byłam szczególnie schorowana fizycznie, więc nic nie nasuwało się samo. W końcu postanowiłam. Zauważyłam u siebie problem z modlitwą „Ojcze Nasz”. Gdy próbowałam powiedzieć „Ojcze” jakoś tak bardziej, jak do osoby, a nie klepiąc bez namysłu od razu chciało mi się płakać. Poprosiłam więc o to, żebym mogła mówić do Boga „Ojcze”. Nie musiałam czekać długo na odpowiedź 🙂 Wkrótce pani, która ma dar poznania między innymi wypowiedziała mniej więcej te słowa: „jest tu osoba, która nie może mówić do Boga „Ojcze”. Ma to związek z jej relacją z własnym ojcem. Pan zabiera tę przeszkodę i ta osoba będzie mogła mówić do Boga „Ojcze”.

Gdy to usłyszałam to mnie zmroziło! Już wiedziałam, że Pan słyszy moje prośby, ale nie spodziewałam się reakcji tak od razu! Gdy przyszłam do domu i wieczorem klęczałam na modlitwie pamiętam, jak z uśmiechem testowałam, czy to działa :-))) No i mówiłam to „Ojcze” i faktycznie, już nie było łez!

To wszystko przypomniało mi się dziś, bo trafiłam na to kazanie o. Daniela o miłowaniu Boga Ojca.

Mam wrażenie, że tak mało myślę o Bogu w kategoriach miłosierdzia. Tak łatwo na Niego narzekam, gdy doświadczam różnych, ciężkich chwil. Tym bardziej cieszę się z dzisiejszego dnia, kiedy myślę o Nim tak ciepło, kiedy chce mi się Mu dziękować i Go uwielbiać. Nawet, jeśli coś jest nie tak, jak bym chciała.

Raz miałam taki piękny obraz – widziałam siebie, małą dziewczynkę, która siedzi na podłodze i układa drewniane klocki. Robiłam z nich wieżę. I jak już była wyższa to się chwiała i łup. No i znowu robiłam nową. Miałam takie głębokie odczucie, że Bóg Ojciec patrzy na mnie tak, jak na to dziecko. To nieważne, że mnie się wydaje, że zawaliłam na całej linii, że najchętniej schowałabym się do mysiej nory, dała sobie spokój z tą relacją, że taka jestem czasem do niczego. Dla Niego nie znaczy to więcej, niż ta wieża, która mi się rozpadła. Jestem Jego dzieckiem. Dzieckiem! Więc dla Niego to oczywiste, że wiele rzeczy mi się nie udaje. On i tak patrzy na mnie z największą miłością, jaką mogę sobie wyobrazić. Nawet w chwilach moich największych porażek.

Tatuś.

Oj piękny dziś dzień 🙂

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Bo góry mogą ustąpić…

Od chwili, gdy odpowiedziałam na głos w sercu, który zaprosił mnie na uwielbienie do kościoła św. Katarzyny w Krakowie wszystko zaczęło stawać na głowie. Zobaczyłam coś w twarzach ludzi, którzy uwielbiają Boga. To było takie specyficzne światło, radość, wręcz uniesienie. Zapragnęłam, żeby i moja twarz tak kiedyś wyglądała. Na razie była ściśnięta bólem, najczęściej na tych uwielbieniach chciało mi się najzwyczajniej w świecie płakać, teraz już wiem, że to raczej normalna reakcja, gdy ktoś cierpi i zbliża się do Boga. Przez łzy Pan leczy nasze wnętrza, a w moim było duuużo do uleczenia. Dlatego tak ważne jest, żeby tego płaczu nie powstrzymywać ze względu na to, co sobie ktoś pomyśli.

Raz napłakałam się szczególnie. Na uwielbieniu we wrześniu 2011 prowadzący spotkanie zaprosili na środek tych, którym jest ciężko, którzy cierpią. Wahałam się, aż usłyszałam w sercu „przecież po to tu przyszłaś!”. Wyszłam. Po chwili podeszła do mnie wstawienniczka (we wspólnocie jest specjalna diakonia, która posługuje modlitwą wstawienniczą, czyli ktoś wstawia się za daną osobą u Pana). Zapytała jak mam na imię i o co chcę się modlić. Odpowiedziałam jej, że mam wiele ran i że proszę o ich wyleczenie. Najpierw dziękowała za mnie Bogu (!), a po chwili uprzedziła, że będzie się modlić w językach, no i zaczęła. Brzmiało to dziwnie, w ogóle nie przypominało współczesnego języka, ale zamiast słuchać zaczęłam się modlić w duchu. Po chwili dziewczyna zapytała, czy wyznałam kiedykolwiek, że Jezus jest moim Panem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to bardzo ważna chwila, kiedy ogłaszasz wspólnocie Kościoła, że Jezus jest Twoim Panem. Wtedy było to przede mną. Na koniec modlitwy dziewczyna powiedziała, że ma dla mnie słowa z Pisma, oto one:

„Bo góry mogą ustąpić
i pagórki się zachwiać,
ale miłość moja nie odstąpi od Ciebie” (IZ 54, 10).

I z tą wiadomością prosto z nieba poszłam do domu. Oczywiście te słowa bardzo mnie dotknęły, ale najbardziej uderzyło mnie to, co się stało już w domu. Otóż gdy wszyscy poszli spać wzięłam do ręki Pismo Święte, usiadłam i otworzyłam na chybił trafił. Trafiłam od razu dokładnie na TE SŁOWA, no i wtedy zaczęłam wyć. Ciężko to nazwać płaczem bo to trwało i trwało, skończyłam chyba o 2 w nocy. W tym płaczu natrafiłam na obrazek Serca Jezusa, który miałam w Biblii i zaczęłam to Serce przepraszać za to, że zapomniałam o Nim na tak długo, że tak daleko odeszłam… To był dar łez. Piękny dar łez…

Po jakimś czasie natrafiłam na informację, że w sąsiedniej parafii zaczyna się Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, prowadzone przez wspólnotę z Łodzi Mocni w Duchu. Było to tzw. Seminarium eksternistyczne, oznaczające, że będzie to moja praca z podręcznikami i Pismem i że co jakiś czas spotkamy się w kościele. Jest też stacjonarna forma Seminarium – organizują je parafie, spotkania są co tydzień przez kilka tygodni i przyznam, że ta forma obecnie bardziej mi odpowiada. Niemniej jednak wtedy był to bardzo ważny krok na mojej drodze nawrócenia. Zwłaszcza jedna z książek zrobiła na mnie szczególne wrażenie – Jezus Żyje autorstwa Emiliena Tardifa . Czytając ją nie mogłam powstrzymać płaczu, ale nadzieja, która już zakiełkowała we mnie po tej lekturze jeszcze wzrosła. Zaczęłam myśleć coraz częściej o tym, że to naprawdę jest możliwe, żeby w tych czasach doświadczać Bożej mocy, w końcu miałam już pewne oznaki, że Jezus po prostu JEST, nie był, tylko JEST i ŻYJE.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Fireproof czyli kto dla kogo ma się poświęcić

CD

Obejrzałam te wszystkie filmy z poprzedniego wpisu. Najbardziej uderzył mnie Fireproof. Historia jak moja, tyle, że u nas z rolami na odwrót było – ja byłam jak ten gość – praca, w domu nic (niestety mama i siostra były pedantkami, więc nie miałam nawyku sprzątania, wiedziałam, że i tak nie wytrzymają, oj podła byłam…). No a mój ślubny to ten ogarniający nasz ogródek. Jak ten film obejrzałam, to pomyślałam „no tak Panie Boże, to teraz spraw proszę, żeby mój mąż wreszcie zaczął się o mnie starać tak jak Caleb” bo w moim mniemaniu byłam tak poraniona przez Niego, że to przecież On miał się zmienić nie ja. Jednak nic się nie działo i nie zmieniało. Dalej jakieś dziwne kwasy, huśtawka emocji, czasem aż do myśli samobójczych, po prostu koszmar. Oczywiście na zewnątrz trzymałam klasę, choć było coraz trudniej. Więc cóż było robić, zaczęłam się niechętnie przyglądać jak to naprawdę jest w naszym domu i odkryłam wreszcie smutną prawdę, że ja też wcale nie jestem w porządku i że jeśli coś ma się zmienić, to muszę niestety zacząć od siebie. Oj nie chciałam się za żadne skarby do tego przyznać! Jak ja do tej pory rachunek sumienia robiłam, że tak mi się wydawało, że ze mną tak nie do końca jest źle przecież, a tu…

Były wakacje 2011. Uwielbień wtedy nie było, ale muzyka tam usłyszana tak mi zaczęła grać w duszy, że zaczęłam szukać w internecie tych kawałków. Pierwszym ulubionym było „Nasz Bóg jest potężny w mocy swej”. Szukając muzyki trafiłam na kopalnię filmików ze świadectwami i kazaniami np. ks. Michała Olszewskiego i ks. Piotra Pawlukiewicza. Mogłam słuchać i słuchać, a kochany Duch Święty zaczął mi wtedy oczy otwierać na to moje biedne życie. Najzwyczajniej w świecie odkryłam, że oprócz naszego świata jest zupełnie inny, świat duchowy i że choć tego nie widzimy (choć są tacy co widzą – odsyłam np. do książki „Serce z ciała” Agnieszki Dembek) to tam cały czas trwa walka o nasze dusze. Jeśli nie czujemy się jak na froncie to trzeba to powiedzieć wprost – najpewniej jesteśmy w łapach złego i najgorsze jest to, że tak ma zdecydowana większość. Raz poszłam do kościoła we wsi, z której pochodzę. Jest tam taki jeden ksiądz co jak powie to w pięty idzie no i powiedział raz mniej więcej tak: „czy Ty idziesz do nieba? Skoro jesteś dziś w kościele to chyba idziesz. Ale Ty nie myśl, że Ty idziesz do nieba, jeśli raz na ruski rok idziesz do komunii i spowiedzi. Ty wtedy nie idziesz do nieba, tylko leżysz przy tej drodze i zdychasz”.

I to była prawda. W końcu czułam się jak taka zdychająca ryba na brzegu. I to bardzo bolało. Ale to już było ważne odkrycie – że mnie to moje życie po prostu boli jak cholera i że ja już go nie chcę takiego i że najzwyczajniej w świecie mam dość…

Z takim nastawieniem poszłam na uwielbienie po wakacjach. Jeszcze się nie zaczęło. Siadłam w ławce i chyba po raz pierwszy w życiu zwróciłam się do Jezusa tak szczerze, z serca. Powiedziałam Mu wtedy w duszy, patrząc na tabernakulum, że „przecież ja mam tyle ran”. No i wtedy się zaczęło. Otóż za mną siedziała jakaś Pani, która na cały głos, jakby nigdy nic, oznajmiła w odpowiedzi „PAN ULECZY TWOJE RANY”.

Rozejrzałam się o co biega, inni ludzie siedzą sobie spokojnie i dotarło do mnie, że ona mówiła do mnie!!! No ale jak to możliwe??? Teraz już wiem, że to był dar proroctwa i działa on tak, że taka osoba obdarowana przez Ducha Świętego wie, że ma coś powiedzieć i najczęściej to robi, jakby dostaje taki cynk, co może daną osobę podnieść na duchu. Z perspektywy czasu wiem, że ten dar prowadził mnie od punktu do punktu na mojej drodze i nie dziwię się, że w Piśmie jest napisane, że (1 Kor 14, 1-4):
„1 Starajcie się posiąść miłość, troszczcie się o dary duchowe, szczególnie zaś o dar proroctwa! 2 Ten bowiem, kto mówi językiem, nie ludziom mówi, lecz Bogu. Nikt go nie słyszy, a on pod wpływem Ducha mówi rzeczy tajemne. 3 Ten zaś, kto prorokuje, mówi ku zbudowaniu ludzi, ku ich pokrzepieniu i pociesze. 4 Ten, kto mówi językiem, buduje siebie samego, kto zaś prorokuje, buduje Kościół.”

Te słowa, jedno zdanie sprawiły, że po tym, jak minął pierwszy szok, uznałam, że jest NADZIEJA!!!
Ileż ja razy wracałam do nich w myślach! Po prostu uczepiłam się ich jak tonący brzytwy.

Dotarło do mnie jednak coś jeszcze, że Jezus mnie USŁYSZAŁ…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Moja historia, coby wiadomo było z czego uratowana

Zabieram się do pisania jak pies do jeża, ale tak to ze mną jest. Zawsze znajdę jakiś sposób, żeby odwlekać realizację swoich własnych pomysłów. O, poukładana to ja nie jestem! Ale do rzeczy.

Kiedyś, w dzieciństwie i właściwie do matury wielką radość sprawiało mi kręcenie się koło kościoła. Udział w kolejnych grupach, wyjazdy, rekolekcje, kurs animatorski, prowadzenie grupy itp. Z perspektywy czasu widzę, że choć w domu działo się kiepsko, choć wtedy nie umiałam określić właściwie co jest nie tak, to to mnie jakoś trzymało do pionu. Dawałam radę, miałam poczucie bycia akceptowaną, co dla dzieciaka jest przecież podstawowe. Dzięki temu jakoś pchało się ten wózek. Wszystko się sypnęło, gdy poznałam mojego obecnego małżonka. Nic już mnie tak nie interesowało, jak On. Powoli zostawiłam wszystko i dałam się porwać naszej relacji. Po 2 latach wzięliśmy ślub. Nic to, że miałam 21 lat i moje koleżanki ze studiów stwierdziły, że a bank jestem w ciąży, bo to niemożliwe, żeby się tak szybko chajtać. Niestety było to możliwe, zwłaszcza, gdy z tyłu głowy miało się zapewnienie taty, że mnie to nikt nie zechce i na pewno ze mną nie wytrzyma. Doszłam więc do wniosku, że jak nie ten, to żaden i widząc z drugiej strony ponowną pewność poszłam w to. I tu zaczęły się schody. Wyniosłam z domu model rodziny, w której nie ma ojca – ciągle był w rozjazdach, a jak już był w domu, nie angażował się w życie rodzinne. Naiwnie wierzyłam, że u nas będzie tak samo, a tu klops. Niestety nie zdałam sobie wielu pytań przed ślubem, nie mówiąc o tym, że w ogóle nie przyszło mi do głowy, że tak naprawdę, to ślubując miłość, wierność i uczciwość i to, że nie opuszczę to ślubuję, że DAM, a nie że WEZMĘ. Ta świadomość przyszła dużo później, Teraz już wiem, że na bank zacząć trzeba od porządnego kursu dla przyszłych małżonków, bo może się okazać, że obserwowanie rodziców nie do końca pozwoli wyrobić sobie odpowiedni obraz. Mądry Polak po szkodzie ot co.

Jak już się zaczęły schody ujawniła się całą paleta moich niedomagań w budowaniu bliskiego związku. Okazało się, że właściwie jestem do niego niezdolna, ale przecież w nim tkwiłam. Generalnie wszystko się sypnęło. Nadszedł jakiś dziwny bunt, zawalone studia, czaty do białego rana, ale klamka zapadła. Zapadła jeszcze bardziej, gdy zaprosiliśmy na świat syna. Wtedy zamiast rozkwitnąć i cieszyć się mimo zmęczenia zupełnie się zapadłam. Po kolei rezygnowałam z marzeń o pięknym życiu i doszłam do przerażającego wniosku, że to koniec. Że teraz to już tylko praca, dom, dzieci, mąż i nic więcej. Moje życie osiągnęło cel – stabilizację. Koszmar. Do tego te pseudo relacje z dziwnym elipsami – raz bliżej, raz dalej, Oczywiście na zewnątrz wszystko wyglądało super. Mieszkanie, auto, praca, wycieczki, ale w środku pustka, bezsens. Przestałam chodzić do kościoła, choć ściskało mnie w dołku, gdy widziałam jak inni do niego idą. Chyba obraziłam się na Pana Boga za ten cały wczesny ślub, za chorą mamę, za to wszystko, co mnie we mnie bolało. Najłatwiej zwalić na Niego…

Po pewnym czasie ocknęłam się. Stwierdziłam, że tak mnie wychowano, że co niedziela do kościoła, co jakiś czas do spowiedzi i postanowiłam do tego wrócić. W końcu to kiedyś dawało mi RADOŚĆ, tę, za którą tak bardzo teraz tęskniłam. Kiedyś przecież wierzyłam, że Bóg jest, że jest cierpienie, ale z Nim to ma jakiś sens. Zaczęłam przyjmować sakramenty. Pojechałam na rekolekcje w ciszy. Wyciągnęłam rękę. Minęło trochę czasu. Szefowa zaprosiła mnie do wzięcia udziału w cyklu life coachingu. Do dziś pamiętam ćwiczenie koło życia. Rysujesz koło i masz je podzielić jak tort na kawałki. Ile chcesz. Masz napisać tam, co zajmuje Twoje życie, jak ono wygląda, co jest w nim ważne. Niestety biednie to wyglądało. „Co jest ważne dla Ciebie?” chodziło mi po głowie. Przypomniałam sobie wtedy zajęcia na studiach, Siedziałyśmy w kole i każdy miał powiedzieć, co jest dla niego najważniejsze. Moja koleżanka powiedziała spokojnie, że dla Niej najważniejszy jet Bóg. Wow. Ja, animatorka, od lat przy kościele i nie stać mnie było na taką odwagę przyznania się do Boga w środowisku pozakościelnym. Wtedy ta sytuacja wróciła. Siedząc na podłodze zapragnęłam wrócić do Ojca jak syn marnotrawny. Zapragnęłam zrobić to, czego nie zrobiłam wtedy – postawić Boga w centrum mojego życia. Wypełnić moje koło życia Nim i tym, co dla mnie ma. Już wystarczająco spartaczyłam swoje życie, najadłam się ze świniami. Nie wyszło mi to na dobre.

Nie wiem ile czasu minęło od tej pory – rok, dwa. Nagle usłyszałam głos w sercu. „Idź do Katarzyny”. Bardzo wyraźny. Wiedziałam, że to zaproszenie do pójścia na uwielbienie do kościoła św. Katarzyny. Dawno temu kolega mnie na nie zapraszał, ale uznałam, że to musi być jakieś sekciarstwo i nie skorzystałam. Teraz też nie od razu poszłam. Bardzo bałam się nowych miejsc, nowych rzeczy, ludzi. Udawałam, że go nie słyszę, ale on wracał. W końcu w czerwcu 2011 poszłam. Siedziałam jak kołek, ludzie śpiewali, tańczyli. Ta muzyka miała w sobie coś niezwykłego. Teraz już wiem, że muzyka uwielbienia podnosi ducha, daje nadzieję, ale wtedy nie wiedziałam, co się dzieje! Pierwszy raz usłyszałam świadectwa zwykłych ludzi, którzy mówili co Pan uczynił w ich życiu. Szok. Jakiś chłopak mówił o filmach, które trzeba zobaczyć. Wymienił „Wiara jak ziemniaki”, „Boska interwencja” i „Fireproof”. Kluczem dla mnie okazał się ten ostatni…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj