Pierwszy krok

Pomyślałam sobie, że ktoś może powiedzieć – w sumie po co mi to odkrywanie ran? Już to zapomniałem, już mnie nie boli, można iść dalej. Po co to ruszać?

U mnie cała rewolucja serca zaczęła się od jednej konferencji, dokładnie mówiąc – od pytania, które zadał nam kapłan. Na Strumieniach Miłosierdzia w Krakowie w 2011 roku ks. Sławomir Wądołek miał konferencję w oparciu o słowa „Panie, patrz na mnie! Zobacz moje myśli, moje uczucia, czyny … wydobądź mnie …” (św. Kasjan Rzymianin).

Konferencję można odsłuchać na stronie Strumieni Miłosierdzia, w archiwalnych nagraniach, rok 2011, konferencja 3 (nie udało mi się podlinkować).

Chyba wtedy dotarło do mnie, jak mało wiem o sobie. Jak męczy mnie ta niewiedza. Jak pragnę wiedzieć kim jestem, jaka jestem, bo to, co wiedziałam do tej pory było bardzo trudne do przyjęcia. Rozbijałam się wciąż o mury moich masek, trudnych relacji, lęku, złości tłumionej z obawy przed byciem odrzuconą, o mury uśmiechu na każdą okazję, a przede wszystkim o mury braku miłości i tej otrzymywanej i tej dawanej. Gdy usłyszałam to pytanie bez wahania odpowiedziałam Tak! Pytanie brzmiało:

Czy jesteś gotów pozwolić by Pan Bóg zbadał Twoje serce? Teraz, dziś, od dziś, od tej chwili? 

Kapłan w tej konferencji zaproponował, byśmy o to po prostu poprosili.

Zbadaj mnie, Boże, i poznaj me serce; 
doświadcz i poznaj moje troski, 

zobacz, czy jestem na drodze nieprawej, 
a skieruj mnie na drogę odwieczną!

Ps 139, 23-24

Poprosiłam i wtedy oto zrobiłam pierwszy krok w stronę czystości serca, w stronę Prawdy, w stronę Miłości cierpliwej, łaskawej, upragnionej. Potem Pan naprawdę zaczął mi pokazywać jaka jestem. Wciąż to robi, z wielką delikatnością i wyczuciem, bo On

nie złamie trzciny nadłamanej, 
nie zagasi knotka o nikłym płomyku (Iz 42, 3).

Jeśli nie widzisz potrzeby wołania o czystość serca wołaj o doświadczenie miłości, która daje, która siebie ofiaruje, proś o to, by Pan pokazał Ci, jak do głębi szczęśliwy jest człowiek, który kocha jak Jezus Chrystus. A potem proś, żeby tak oczyścił Twoje serce, by ta miłość mogła się w nim rozlać po brzegi, a potem by mogła wylewać się wszędzie tam, gdzie jesteś. Byś był Jego dłońmi, Jego oczami, Jego ustami. On nas potrzebuje. On potrzebuje właśnie Ciebie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan uleczy Twoje rany!

Pan uleczy Twoje rany!

Takie słowa, wypowiedziane przez nieznajomą osobę, usłyszałam podczas spotkania uwielbienia kilka lat temu. Jestem kolekcjonerem tych słów – usłyszanych w sercu, wypowiedzianych nade mną, otrzymanych w Słowie. Z radością patrzę na to, jak się wypełniają. Wystarczy uwierzyć, że wypowiada je WSZECHmogący, choć często trzeba je nieść w sercu dość długo, zanim się zrealizują. Ważne jest, by trwać przy sercu Boga, kłaść te słowa przed Nim i ufać, że mówił je po to, by je wypełnić. W końcu to ufność jest naczyniem, w którym Pan składa łaski.

Tydzień temu byłam na rekolekcjach. Czas spotkania. Tylko ja i Pan obecny w Najświętszym Sakramencie oraz w Słowie. Z cichą obecnością i delikatnym towarzyszeniem dobrych dusz. W połowie rekolekcji Pan przypomniał mi bardzo bolesną ranę. Chyba najtrudniejszą z dotychczasowych. Już od kilku miesięcy przywoływał mi ją w pamięci czekając na moją gotowość, by mógł jej dotknąć. W końcu Mu na to pozwoliłam. Przyznałam przed Nim, że tak, to mnie spotkało, to część mojego życia. Poprosiłam Go, żeby mnie uzdrowił.

To zranienie było wywołane krzywdą, jakiej doznałam we wczesnym dzieciństwie. Jeszcze o niej nie pisałam. Skutki tej krzywdy były katastrofalne. Można powiedzieć, że przez to zdarzenie zostałam podzielona na dwie osoby. Jedna część mnie w głębi pamiętała co się stało, ale dosłownie nie mogła otworzyć ust – była milcząca, zamknięta, zwłaszcza w rozmowie z nieznajomymi, miała problemy ze śpiewaniem, z przyjmowaniem Komunii Świętej, czuła wewnętrzny ból, którego nie umiała wyrazić. Przy tym była pozbawiona dostępu do energii do działania. Widziała, że należałoby zrobić to, czy tamto, ale nie miała siły, żeby się za to zabrać. Myślała, że jest tak leniwa po prostu. Druga część mnie miała tę energię życiową, ale nie miała pamięci tego, co się stało. Ta część działała – chodziła do pracy, zajmowała się domem, ale czuła, że nie jest sobą, że robi wszystko mechanicznie, zgodnie z zasadami, sama z siebie nie wiedziała co należałoby zrobić, w którą stronę pójść, była jakby pozbawiona serca. Serce zostało zamknięte w tej pierwszej części bez możliwości wyrażania się ustami.

Kiedy Pan dotyka jakiejś rany najpierw przypomina co się stało – to może być obraz, jakieś wspomnienie, jakieś słowa zasłyszane w przeszłości, a bardzo raniące. Potem – jeśli Mu na to pozwolimy, poprosimy go o uzdrowienie tej rany, najczęściej pojawia się ból serca, a zaraz po nim łzy. Te łzy przynoszą ukojenie. Ważne, by tego trudnego momentu nie przegapić, bo można mieć pokusę, żeby wtedy z kimś porozmawiać, włączyć telewizor, po prostu, żeby uciec od bólu. Trzeba wytrwać w tym napięciu! Najlepiej w ciszy. Ja przypomniałam sobie ranę, uznałam, że to się stało, poprosiłam Pana by dotknął tego miejsca w moim sercu, ale nic nie poczułam. Stwierdziłam, że pewnie uzdrowił mnie tym razem inaczej. Myliłam się. Następnego dnia była Eucharystia. W trakcie Komunii Świętej, gdy kapłan położył mi Ciało Jezusa w ustach poczułam, że boli mnie serce. Pan wybrał właśnie ten moment by mnie uzdrowić! Wróciłam do pokoju, zaczęłam płakać, czułam, że Pan mnie uzdrawia i uwalnia od skutków tego, co się stało. To było niezwykłe! Zdecydowałam się przebaczyć krzywdzicielowi. Tym razem potrafiłam to zrobić od razu, czasem mogłam tylko prosić, by Pan obdarzył mnie łaską przebaczenia jakiejś osobie, bo w danym momencie nie byłam na to gotowa. Jednym zdaniem – Pan mnie uzdrowił przez Eucharystię!

To jednak nie koniec. Jak trędowaty, który wrócił podziękować Jezusowi, adorowałam Pana w kaplicy. Byłam sama. Patrzyłam na tabernakulum z wdzięcznością. Nagle usłyszałam w sercu głos:

– Czy ty naprawdę wierzysz, że Ja tutaj jestem?

– Tak…

– Podejdź.

Podeszłam i uklękłam przy tabernakulum.

– Dotknij.

Nie śmiałam położyć dłoni na ścianie tabernakulum, więc dotknęłam takich wystających nóżek, jednocześnie myśląc „Bylebym się frędzli Jego płaszcza dotknęła”.

– Jesteś wolna. Idź w pokoju…

 

 

Zmieniłam się. Czuję, że zaczęłam Nowe Życie, że dokonała się we mnie głęboka integracja wewnętrzna. Że wreszcie jestem sobą. Mam energię do działania, a co najbardziej dostrzegam – nie mam już problemu z otwieraniem ust! Mogę śpiewać, nawet do mikrofonu, co wcześniej było dla mnie przerażające, na moment Komunii wreszcie się cieszę, a nie stresuję, co więcej – otworzyłam się na innych, także nieznajomych. Tak, jakby w momencie przyjścia do mnie w Komunii Świętej Pan dotknął mojego języka i powiedział Effatha – otwórz się! Pojawiła się we mnie radość, jakiej wcześniej nie czułam, wręcz promienieję radością! Sama siebie nie poznaję!

Wiele razy prosiłam ze łzami, żeby mnie uzdrowił, żeby dał mi Nowe Życie. Często przez pieśni np. te poniżej:

Odnów mnie, którą śpiewa Magda Kania https://www.youtube.com/watch?v=ZYzuvIvsRoQ 

albo

Lekarzu dusz, którą śpiewają Mocni w Duchu https://www.youtube.com/watch?v=BgQjRCbu4kw

Wołaj i Ty! Nie ustawaj i wypatruj Pana!

A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

Oby tak się stało – Amen!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Król Miłosierdzia

 

Spotkałam Go kiedyś. Myślę, że podobnie czuła się jawnogrzesznica. Przyłapana na gorącym uczynku, bez nadziei na zmianę. Spodziewała się wzroku pełnego obrzydzenia, wyższości, pogardy, a spotkała MIŁOŚĆ. No i ten uśmiech… Nie wierzyła, że to do niej, że jest tego warta, że może się pomylił. Ale nie, On się nie pomylił. On wybrał właśnie ten czas na spotkanie MIŁOŚCI. O błogosławione łzy niedowierzania, radości, żalu, wstydu, umęczenia. Tylko tak skołatane serce może wyrazić to całe zaplątanie. A On się uśmiechał…

 

Królu Miłosierdzia
który podnosisz z rozpaczy
i kochasz to, co do niczego niepodobne

Królu Miłosierdzia
milczący i tęskniący
za ludzkim sercem, które da Ci choć trochę odetchnąć

Królu Miłosierdzia
nieustannie obecny
w białej Hostii przeświętej

Królu Miłosierdzia
przytul mnie
gdy znów upadnę i będę się spodziewać wyroku

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jedyna droga

Wczoraj przez chwilę kochałam
dałam się ponieść zgłodniałemu sercu
które tak cierpliwie oduczam bliskości
i pragnienia drugiego człowieka

Dziś znowu jestem ja i ja
stare kąty i piec piąty
wygasły i nienauczony pracy w interwałach
zmęczony nadzieją na pełen etat

Jutro będę szukać innych drzwi do wczoraj
niż te które stoją otworem
i straszą dwiema belkami
kiedy wreszcie przyjmę, że takich nie ma?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

A wszystko stało się po to…

A kiedy przyjdę do Twojego serca
Skieruj swe oczy na Mnie
Radośnie powiedz Mi “Witaj!”
I zacznij przyjmować.

Przychodzę do Ciebie z naręczem łask
Niczym z bukietem kwiatów
Tylko trzeba chcieć je przyjąć
Więc otwórz swe drzwi szeroko.

Przy Mnie wkroczysz na ścieżkę pokoju
Przy Mnie zagoją się Twoje rany
Przy Mnie wzrośniesz w miłości
Przy Mnie odpoczniesz.

Twój przyjaciel Jezus

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Na urodziny

Dziś Boże Narodzenie. Urodziny Jezusa. W sumie dopiero wieczorem zaczęłam się zastanawiać nad prezentem dla Niego. Zastanawiałam się, czego On pragnie, co chciałby dostać na urodziny. Przypomniało mi się, jak mówił, że pragnie dusz, albo jak mówił, że pragnie miłości, że jest Żebrakiem Miłości. Stąd ten skromny wpis. Na urodziny.

Jakiś czas temu udało mi się przekonać męża do odwiedzin Pasierbca. Mamy taki zwyczaj, że przy okazji będąc tu, czy tam, odwiedzamy miejsca kultu Maryi. W Pasierbcu jest czczona Matka Boża Pocieszenia. Byliśmy tam na mszy św. Wychodząc zauważyłam, że koło wyjścia, na stoliku, leży stos książek. Ministrant widząc, że się na nie patrzę powiedział, że są do wzięcia. Tak po prostu. Zdziwiłam się i wzięłam jedną. Autorem jest ks. Mariusz Bernyś, a tytuł to „Potęga nadziei. Opowieść o cierpieniu człowieka i miłosierdziu Boga”. To był prezent dla mnie, bo wciąż tak trudno mi zrozumieć, że jak dzieje się coś trudnego, to nie znaczy to, że Bóg mnie opuścił.

Gdy wszystko wokół zaczyna się trząść moja wiara i zaufanie chowają się ze strachu.
Jak podczas burzy na jeziorze.
Ciężko mi wtedy myśleć, że Bóg jest miłosierny.
Nie rozumiem tego Jego miłosierdzia.
Nie mogę jednak zaprzeczyć jednemu: gdy dzieje się coś trudnego, coś dziwnego dzieje się ze mną.
Robię się wrażliwsza na ludzi, zwłaszcza na tych, którzy mają podobny kłopot.
Mięknę w środku i łatwiej mi jest spotkać Pana w prawdziwej modlitwie, a nie w bezmyślnym gadulstwie.
Wtedy samo trwanie przed Nim, mimo nierozumienia, jest przepiękną modlitwą.
Może to za duże słowa, ale tylko w momentach cierpienia zdarza mi się być miłosierną.
Tylko wtedy moje serce jest na tyle otwarte, że może dotykać cudzych cierpień i nie ranić ich jeszcze bardziej.
Nie ma miłosierdzia bez cierpienia.

„Między sercami”

w miłości bądź doskonały
Ja, Jezus liczę na ciebie
że oddasz się jej jak Ja cały
i Ojciec w niebie

bądź doskonały w miłości
a miłość się w tobie staje
kiedy nie szukasz siebie
tylko się dajesz

dla niej warto się zgubić
stracić grunt pod nogami
i tak cię w życiu odnajdzie
między sercami

spójrz na Mnie w koronie cierniowej
jak milcząc, na ciebie liczę
i odkryj w cierpieniu miłości
własne oblicze

ks. Mariusz Bernyś

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Napawać się Jego miłością

Nasz duch charakteryzuje się tym, że zwykle powinien długo pozostawać pod działaniem jakiejś myśli, aby zostawiła ona w nim długotrwały ślad; nic z tego, co przechodzi przezeń przelotnie, nie pozostaje w nim naprawdę ani go nie przemienia. Musimy więc teraz wystawić się na działanie myśli o Bożej miłości, jak ziemia każdego dnia wystawia się na działanie słońca, by otrzymać od niego światło, ciepło i życie. Nie może się to dokonać inaczej, jak tylko przez radzenie się Bożego objawienia. Bo kto inny mógłby nas zapewnić o tym, że Bóg nas kocha, jeśli nie sam Bóg? (..) Gdyby całe Pismo Święte mogło nagle przemienić się ze słowa pisanego w słowo wypowiadane,stając się wyłącznie głosem potężniejszym od huku wzburzonego morza, wołałoby „Bóg was kocha!” (z „Życie w Chrystusie. Duchowe przesłanie listu do Rzymian”, o. Cantalamessa).

Wracam do mojej walki.
Znowu coś mnie przerosło.
Znowu dałam się dotknąć do żywego.
Znowu przegrałam walkę na myśli.

Zamiast myśleć
„Nie lękaj się, bo Ja jestem z Tobą” (Iz. 41, 10)
cała staję się lękiem.

Zamiast pamiętać, że
„Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki,
zamieszkał na krańcu morza:
Tam również Twa ręka będzie mnie wiodła
i podtrzyma mię Twoja prawica.” (Ps. 139, 9-10)
myślę, że jestem sama i nie dam sobie rady.

Zamiast odpocząć w myśli
„A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt, 28, 20)
szamotam się i ginę.

Cóż. To znak, że ZA KRÓTKO karmiłam ducha Słowem, które daje Życie.
Po prostu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Za szybko

I uciekł pierwszy kwartał.
Uciekł dosłownie, a może przeciekł?
Podoba mi się ta modlitwa, w sam raz, żeby życie tak nie przeciekało:

O Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to,
co mogę zmienić
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Pozwól mi, cały ten dzień przeżyć
w świadomości upływającego czasu.
Pozwól mi rozkoszować się chwilą
w świadomości jej ograniczenia.
Pozwól mi zaakceptować konieczność,
jako drogę do wewnętrznego pokoju.
Pozwól mi, za przykładem Jezusa,
przyjąć także ten grzeszny świat, jakim jest,
a nie, jakim ja chciałbym, aby był.
Pozwól mi Tobie zaufać,
że wszystko będzie dobrze,
jeśli zdam się na Ciebie i Twoją wolę.
Tak będę mógł być szczęśliwym w tym życiu
i osiągnąć pełnię szczęścia z Tobą
w życiu wiecznym. Amen.

I tyle na dziś.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Nowy Rok – nowe plany

W tym roku jestem zaskoczona swoim noworocznym optymizmem. Nie, to chyba już nie optymizm, tylko bardziej ZAUFANIE.
Kiedyś, gdy nie znałam Jezusa nie snułam planów na przyszłość. Byłam jak taki listek w jesieni – gdzie mnie życie popchnęło tam byłam. To życie żyło mnie, a nie ja życie. To okoliczności kierowały moimi wyborami, a nie to, czego chcę, czego pragnę, o czym marzę, gdzie chcę dojść. Kiedyś nie chciałam nigdzie dojść. No może do grobu.
Był taki straszny czas w moim życiu, gdy wiele czasu spędzałam na zastanawianiu się nie nad tym, czy skończyć ze sobą, ale nad tym jak to zrobić. Brałam pod uwagę różne opcje. Gdyby ktoś mi powiedział wtedy, że przyjdzie taki czas, że w Nowy Rok będę CIESZYĆ SIĘ na to, co Pan dla mnie przygotował, że będę najzwyczajniej w świecie radośnie podekscytowana tym, że żyję, to chyba bym tego kogoś zgasiła śmiechem. A tu proszę jak mi się pozmieniało 😀

Po tym, jak zrobiłam już tyle kroków na drodze z Jezusem wiem, że marzeniem złego jest doprowadzić nas właśnie do takiego stanu. Do beznadziei, do pragnienia śmierci. Niestety wielu idzie za tym głosem szukając ulgi w cierpieniu. Niestety jest to ulga chwilowa, a przecież tak nie musi być! Człowiek funkcjonuje na płaszczyźnie ciała, duszy i ducha. To, jak się czuje sam ze sobą jest mocno uzależnione od tych płaszczyzn. Można być zdrowym, ale rozbitym wewnętrznie, pełnym czarnych scenariuszy jak ja kiedyś. U mnie ten straszny stan wynikał z wielu przyczyn. Byłam opuszczonym dzieckiem. Fizycznie miałam rodziców, ale generalnie nie byłam z nimi związana. Właśnie brak tych podstawowych więzi wpłynął na to, że nie umiałam ich zawiązywać z innymi. Wokół mnie była pustka. W tę pustkę wpychałam różne rzeczy, żeby tak nie bolało. Nie nazywałam wtedy tak mojego stanu, ale teraz widzę, że było ciężko i smutno. Potem, gdy miałam kilka lat, zdarzyło się coś, co na długie lata ukryłam przed samą sobą – byłam ofiarą molestowania seksualnego. Zbagatelizowałam to zdarzenie, nikomu nie powiedziałam, ale potem zrobiłam się potwornie lękliwa. Bardzo mało wychodziłam z domu, ciągle czytałam książki, zatopiłam się w świecie iluzji i wyobrażeń. Potem zaczęłam chodzić do kościoła na spotkania Oazy Dzieci Bożych. To mi dużo dawało – dobrze się czułam, ale gdy wracałam do domu dopadała mnie taka beznadzieja, że jak sobie przypomnę, to mi smutno. Oczywiście złych zdarzeń było jeszcze kilka np. o mało nie rozjechał mnie samochód, gdy wbiegłam nagle po zabawki, które mi się rozsypał. Pamiętam, że to był żuk. Gość odbił na chodnik – to mnie uratowało. Itp itd. Nie, wtedy nie myślałam o przyszłości. Miałam przekonanie, że długo nie pożyję.

Do tego miałam sąsiadkę, która była koleżanką mojej siostry. Obie miały pomysły nie z tej ziemi. Np. mając kilka lat, dla zabawy, napisałam… cyrograf!!! Co prawda nie podpisałam go, ale myślę, że to nie miało już znaczenia. Zdarzyło mi się też dla zabawy wywoływać duchy, stawiać Tarota, pamiętam jak siedziałam przed Kaszpirowskim. Teraz jak sobie o tym pomyślę to tak, jakbym sama kupiła sobie bilet do piekła. Wszystkie te historie to potężne zagrożenia duchowe. Nie dziwota więc, że czułam się tak beznadziejnie, kiedy sama sobie założyłam pętlę na głowę. Wtedy po prostu myślałam, że to zabawa. Dla złego to nie była zabawa. Zbierał kwity na moją duszę. Tak samo działa chodzenie do wróżki, czy do bioenergoterapeuty. To tak, jakby otworzyć złemu drzwi i powiedzieć, że teraz może zniszczyć moje życie, proszę bardzo. Że też wtedy tego nie wiedziałam! Oszczędziłabym sobie wiele cierpienia.

No ale przecież nie po to Jezus umarł za mnie na Krzyżu. Nie po to przelał swoją cenną Krew, żeby mnie zostawić w takim stanie! Teraz widzę, jak z każdą spowiedzią, każdą Komunią wracałam do życia. Jezus jest Życiem, więc przychodząc do mnie w sakramentach wyprowadzał mnie powoli na wolność. Skorzystałam ze środków, jakie Jezus daje duszom w orędziu Bożego Miłosierdzia. Przytachałam z Łagiewnik obraz Jezu Ufam Tobie, zaczęłam czytać Dzienniczek s. Faustyny i po prostu… uwierzyłam Mu!

Jezus mówi m. in.:

Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale będzie już za późno (1448).

Kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z serca Mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. (…) Z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic. Strumienie Mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska Moja odwraca się od nich do dusz pokornych (1602).

Pragnę jednoczyć się z duszami ludzkimi; rozkoszą Moją jest łączyć się z duszami. (…) Kiedy przychodzę w Komunii św. do serca ludzkiego, mam ręce pełne łask wszelkich i pragnę je oddać duszy, ale dusze nawet nie zwracają uwagi na Mnie, pozostawiają Mnie samego, a zajmują się czym innym. O, jak Mi smutno, że dusze nie poznały Miłości. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym (1385).

Ach, jak Mnie to boli, że dusze tak mało się łączą ze Mną w Komunii św. Czekam na dusze, a one są dla Mnie obojętne. Kocham je tak czule i szczerze, a one Mi nie dowierzają. Chcę je obsypać łaskami one przyjąć ich nie chcą. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym, a przecież mam serce pełne miłości i miłosierdzia. Abyś poznała choć
trochę Mój ból, wyobraź sobie najczulszą matkę, która kocha bardzo swe dzieci, jednak te dzieci gardzą miłością matki; rozważ jej ból, nikt jej nie pocieszy. To słaby obraz i podobieństwo Mojej miłości (1447).

Choć na pozór nie ma we Mnie śladu życia, to jednak w rzeczywistości ono jest w całej pełni i to w każdej Hostii zawarte; jednak abym mógł działać w duszy, dusza musi mieć wiarę. O, jak miła Mi jest żywa wiara (1420).

To wszystko jest prawda. Wiem jak było, wiem jak jest.

Nie ja jedna byłam daleko.

Wyrwani z niewoli – świadectwo Piotra i Jacka

Ważne, że dziś cieszę się tym, co ma nadejść!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Bóg ma plan!

Narodził się.
Dawniej cieszyłam się widząc Dzieciątko. Teraz od razu myślę o Krzyżu. W końcu po to się narodził. Ciekawe o czym myślała Maryja?

Ogromną łaską było dla mnie przeczytanie książki „Cień Ojca” Jana Dobraczyńskiego. Książka opisuje czas Zwiastowania, podróży do Betlejem, porodu, ucieczki do Egiptu i życia w Nazarecie z perspektywy św. Józefa. Generalnie pomimo tego, że był oddany Bogu, miał trudności z pogodzeniem się z tym, że nie będzie prawdziwym Ojcem Dzieciątka, a jedynie Cieniem Ojca.

Dziś na mszy był chrzest 9 dzieciaczków. Pomyślałam, że tak naprawdę to każdy ojciec jest cieniem Ojca. Relacja z ojcem ma kolosalne znaczenie dla późniejszej relacji z Bogiem. Ciężko wejść w relację z Bogiem, gdy nie ma się relacji z własnym ojcem. Łatwo wyobrazić sobie, że skoro ten tutaj się mną nie interesuje, nie zna mnie, nie ma dla mnie serca, to tamten pewnie tak samo. Często zranienia otrzymane od ojca zatrzymują nas w patrzeniu na przeszłość, wpływają na nasze wybory nawet gdy mamy kilkadziesiąt lat. Zatrzymują nas w podróży do Domu Ojca.

Jest taki werset z Psalmu 45, obok którego nie mogłam przejść obojętnie:

„11 Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha,
zapomnij o twym narodzie, o domu twego ojca!
12 Król pragnie twojej piękności:
on jest twym panem; oddaj mu pokłon!”0.

(Edycja 2019 12 – tutaj pisząc bloga wskazywałam pewną piosenkę religijną. Jej źródło obecnie jest dla mnie wątpliwe, więc postanowiłam usunąć jej tytuł).

Ja zatrzymałam się w podróży. Żyłam przeszłością, wałkowałam utarte schematy zamiast patrzeć na to, czego pragnę, jak chciałabym ułożyć swoje życie. Słyszałam o planie Boga na moje życie, ale wydawało mi się to takie nierealne. Plan dla mnie? Tylu ludzi na Ziemi, a On ma plan właśnie i tylko dla mnie? Dobrze zrozumiałam to, gdy zaczęłam przekazywać wiarę dzieciom. Wyobraziłam sobie Boga, który przed posłaniem na Ziemię bierze każde małe dziecko na ręce, patrzy mu w oczy, całuje w czoło i mówi „Jesteś mój! Kocham Cię i znam Cię! Hojnie Cię obdarowałem. Mam dla Ciebie wielki plan! Chcę, żebyś był szczęśliwy. Chcę, żebyś radował się Mną, był blisko ze mną, a Ja wtedy pomogę Ci w osiągnięciu pełni Twego serca!” Dzieci tak lubią tego słuchać! Sama lubię siebie wtedy słuchać 🙂 Zupełnie jak w tym fragmencie Księgi Ozeasza (Oz 11, 3-4):

„3 A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima,
na swe ramiona ich brałem;
oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich.
4 Pociągnąłem ich ludzkimi więzami,
a były to więzy miłości.
Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę –
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.”

Niestety mało ojców wie, że ich rola polega na tym, żeby – tak jak Józef – zadbać o byt rodziny, zapewnić jej bezpieczeństwo, miłować żonę, córce powiedzieć, że jest piękna, synowi, że ma wszystko czego potrzeba mężczyźnie, ale przede wszystkim ma on wprowadzić dzieci w Boży Plan dla ich życia.
W wyobraźni nasuwa mi się taki obraz ojca, który wychodzi z domu z dzieckiem na drogę, idzie z nim przez pewien czas, a potem zatrzymuje się i patrzy jak dziecko odchodzi w stronę horyzontu. Dziecko rusza w swoją własną podróż, ale nie samo. Wyciąga rękę do nieba, a z nieba ku niemu sięga potężna dłoń, która poprowadzi go do pełni życia.

Właśnie to mamy dzięki Jezusowi. Dzięki temu że naprawdę przyszedł na świat. Jak w tym fragmencie o Słowie

J 1, 12-14:
„12 Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,

tym, którzy wierzą w imię Jego –
13 którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
14 A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.”

A co znaczy być Dzieckiem Bożym? Odpowiedziała mi Edyta Stein.

„Być Dzieckiem Boga, znaczy oddać się w Ręce Boga, czynić Jego Wolę, złożyć w Jego Boskie Ręce swoje troski i swoje nadzieje, nie męczyć się obawą o przyszłość. Na tym polega prawdziwa wolność i wesele Synów Bożych.”

Takie to się wydaje nierealne. Niedzisiejsze, kiedy sami bierzemy na siebie troskę o jutro. Ale to jest to, czego pragnę. Czy może być większa przygoda życia, niż odkrycie tego, co Bóg złożył w moim sercu? Zrealizowanie na maksa moich talentów? Ma się rozumieć, nie ma co liczyć na to, że będzie lekko i przyjemnie. Z perspektywy Krzyża plan Boga dla Jezusa wydaje się mało zachęcający. Jednak ten plan jeszcze się nie wypełnił. Jezus powróci w chwale! Taki plan Ojciec miał dla Niego. Jaki ma dla mnie?

Boże, dodaj mi odwagi do wejścia na tę drogę, na którą nie wprowadził mnie mój ojciec.
Chwieją się moje kolana wiary, ale stawiam swoją stopę na tej drodze i pytam „co masz dla mnie?”.
Chcę to wiedzieć.
Złap mnie za rękę i prowadź do pełni życia!

Amen

Odwagi!

🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz