Nowy Rok – nowe plany

W tym roku jestem zaskoczona swoim noworocznym optymizmem. Nie, to chyba już nie optymizm, tylko bardziej ZAUFANIE.
Kiedyś, gdy nie znałam Jezusa nie snułam planów na przyszłość. Byłam jak taki listek w jesieni – gdzie mnie życie popchnęło tam byłam. To życie żyło mnie, a nie ja życie. To okoliczności kierowały moimi wyborami, a nie to, czego chcę, czego pragnę, o czym marzę, gdzie chcę dojść. Kiedyś nie chciałam nigdzie dojść. No może do grobu.
Był taki straszny czas w moim życiu, gdy wiele czasu spędzałam na zastanawianiu się nie nad tym, czy skończyć ze sobą, ale nad tym jak to zrobić. Brałam pod uwagę różne opcje. Gdyby ktoś mi powiedział wtedy, że przyjdzie taki czas, że w Nowy Rok będę CIESZYĆ SIĘ na to, co Pan dla mnie przygotował, że będę najzwyczajniej w świecie radośnie podekscytowana tym, że żyję, to chyba bym tego kogoś zgasiła śmiechem. A tu proszę jak mi się pozmieniało 😀

Po tym, jak zrobiłam już tyle kroków na drodze z Jezusem wiem, że marzeniem złego jest doprowadzić nas właśnie do takiego stanu. Do beznadziei, do pragnienia śmierci. Niestety wielu idzie za tym głosem szukając ulgi w cierpieniu. Niestety jest to ulga chwilowa, a przecież tak nie musi być! Człowiek funkcjonuje na płaszczyźnie ciała, duszy i ducha. To, jak się czuje sam ze sobą jest mocno uzależnione od tych płaszczyzn. Można być zdrowym, ale rozbitym wewnętrznie, pełnym czarnych scenariuszy jak ja kiedyś. U mnie ten straszny stan wynikał z wielu przyczyn. Byłam opuszczonym dzieckiem. Fizycznie miałam rodziców, ale generalnie nie byłam z nimi związana. Właśnie brak tych podstawowych więzi wpłynął na to, że nie umiałam ich zawiązywać z innymi. Wokół mnie była pustka. W tę pustkę wpychałam różne rzeczy, żeby tak nie bolało. Nie nazywałam wtedy tak mojego stanu, ale teraz widzę, że było ciężko i smutno. Potem, gdy miałam kilka lat, zdarzyło się coś, co na długie lata ukryłam przed samą sobą – byłam ofiarą molestowania seksualnego. Zbagatelizowałam to zdarzenie, nikomu nie powiedziałam, ale potem zrobiłam się potwornie lękliwa. Bardzo mało wychodziłam z domu, ciągle czytałam książki, zatopiłam się w świecie iluzji i wyobrażeń. Potem zaczęłam chodzić do kościoła na spotkania Oazy Dzieci Bożych. To mi dużo dawało – dobrze się czułam, ale gdy wracałam do domu dopadała mnie taka beznadzieja, że jak sobie przypomnę, to mi smutno. Oczywiście złych zdarzeń było jeszcze kilka np. o mało nie rozjechał mnie samochód, gdy wbiegłam nagle po zabawki, które mi się rozsypał. Pamiętam, że to był żuk. Gość odbił na chodnik – to mnie uratowało. Itp itd. Nie, wtedy nie myślałam o przyszłości. Miałam przekonanie, że długo nie pożyję.

Do tego miałam sąsiadkę, która była koleżanką mojej siostry. Obie miały pomysły nie z tej ziemi. Np. mając kilka lat, dla zabawy, napisałam… cyrograf!!! Co prawda nie podpisałam go, ale myślę, że to nie miało już znaczenia. Zdarzyło mi się też dla zabawy wywoływać duchy, stawiać Tarota, pamiętam jak siedziałam przed Kaszpirowskim. Teraz jak sobie o tym pomyślę to tak, jakbym sama kupiła sobie bilet do piekła. Wszystkie te historie to potężne zagrożenia duchowe. Nie dziwota więc, że czułam się tak beznadziejnie, kiedy sama sobie założyłam pętlę na głowę. Wtedy po prostu myślałam, że to zabawa. Dla złego to nie była zabawa. Zbierał kwity na moją duszę. Tak samo działa chodzenie do wróżki, czy do bioenergoterapeuty. To tak, jakby otworzyć złemu drzwi i powiedzieć, że teraz może zniszczyć moje życie, proszę bardzo. Że też wtedy tego nie wiedziałam! Oszczędziłabym sobie wiele cierpienia.

No ale przecież nie po to Jezus umarł za mnie na Krzyżu. Nie po to przelał swoją cenną Krew, żeby mnie zostawić w takim stanie! Teraz widzę, jak z każdą spowiedzią, każdą Komunią wracałam do życia. Jezus jest Życiem, więc przychodząc do mnie w sakramentach wyprowadzał mnie powoli na wolność. Skorzystałam ze środków, jakie Jezus daje duszom w orędziu Bożego Miłosierdzia. Przytachałam z Łagiewnik obraz Jezu Ufam Tobie, zaczęłam czytać Dzienniczek s. Faustyny i po prostu… uwierzyłam Mu!

Jezus mówi m. in.:

Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale będzie już za późno (1448).

Kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z serca Mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. (…) Z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic. Strumienie Mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska Moja odwraca się od nich do dusz pokornych (1602).

Pragnę jednoczyć się z duszami ludzkimi; rozkoszą Moją jest łączyć się z duszami. (…) Kiedy przychodzę w Komunii św. do serca ludzkiego, mam ręce pełne łask wszelkich i pragnę je oddać duszy, ale dusze nawet nie zwracają uwagi na Mnie, pozostawiają Mnie samego, a zajmują się czym innym. O, jak Mi smutno, że dusze nie poznały Miłości. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym (1385).

Ach, jak Mnie to boli, że dusze tak mało się łączą ze Mną w Komunii św. Czekam na dusze, a one są dla Mnie obojętne. Kocham je tak czule i szczerze, a one Mi nie dowierzają. Chcę je obsypać łaskami one przyjąć ich nie chcą. Obchodzą się ze Mną jak z czymś martwym, a przecież mam serce pełne miłości i miłosierdzia. Abyś poznała choć
trochę Mój ból, wyobraź sobie najczulszą matkę, która kocha bardzo swe dzieci, jednak te dzieci gardzą miłością matki; rozważ jej ból, nikt jej nie pocieszy. To słaby obraz i podobieństwo Mojej miłości (1447).

Choć na pozór nie ma we Mnie śladu życia, to jednak w rzeczywistości ono jest w całej pełni i to w każdej Hostii zawarte; jednak abym mógł działać w duszy, dusza musi mieć wiarę. O, jak miła Mi jest żywa wiara (1420).

To wszystko jest prawda. Wiem jak było, wiem jak jest.

Nie ja jedna byłam daleko.

Wyrwani z niewoli – świadectwo Piotra i Jacka

Ważne, że dziś cieszę się tym, co ma nadejść!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *