Ostatnio często mam w myślach motyw, który pojawia się w różnych utworach literackich lub filmach.
Jest wojna.
Mąż, ojciec zostawia bliskich i wyrusza na front.
Zostawia żonę, dzieci, rodziców, przyjaciół.
Mijają lata.
I teraz bywa różnie.
Jedni czekają na powrót tego mężczyzny. Wieczorami gładzą wyblakłe zdjęcie, uśmiechają się do coraz mniej wyraźnych wspominień, pielęgnują nadzieję na ponowne spotkanie. Zastanawiają się nad tym, czy on jeszcze żyje, czy jest zdrowy, czy niczego mu nie brak.
Inni szybko przestają o nim myśleć. Może chcą zapomnieć, nie potrafią znieść tęsknoty, a może po prostu nie potrafili się przywiązać?
Wreszcie następuje ta chwila: on wraca.
Z daleka patrzy na dom.
Wzruszenie podchodzi mu pod gardło.
Widzi na podwórku wysokiego chłopaka, myśli: “to chyba mój syn! Tak, on mógłby tak wyglądać!”.
Wypatruje żony, w końcu myśl o niej pozwalała mu przetrwać najtrudniejsze chwile.
Czuł jej obecność, jej tęsknotę.
Czy zastanie ją czekającą?
Czy może wejdzie do domu i zobaczy nową kołyskę?
Nie wiem, czemu nasuwa mi się ten obraz i czemu o tym piszę.
Przecież On jest.
Pozwala się znaleźć.
Może jeszcze?
Czy pielęgnuję relację z Nim?
Czy szukam Go w sakramentach?
Czy szukam Go świątyni mojego serca?
Czy jestem Mu wdzięczny za dar zbawienia? Za dar nieba? Wiecznego szczęścia?
Czy moje oczy się rozjaśniają gdy widzę Go w Najświętszym Sakramencie, albo choćby Jego wizerunek na obrazku?
Jeśli teraz Go nie szukam, to czy będę umiał za Nim tęsknić, jeśli nie pozwoli się znaleźć?
Nie wiadomo kiedy, ale On wróci.
Czy wtedy ucieszy Go choćby jedna osoba, która czeka?
All’alba vincerò!
