Celowo ty w tytule napisałam małą literą. Tutaj to tak łatwo przychodzi, JA szybko można zmienić na Ja, potem na ja, TY na Ty, a potem na ty. W rzeczywistości jest to dużo trudniejsze i czasem wielkimi literami napisane jest w naszym życiu coś tak naprawdę nieistotnego.
Zastanawiałam się kiedyś nad wystawieniem Najświętszego Sakramentu. W mojej parafii zazwyczaj ma to miejsce w pierwszy piątek i w pierwszą niedzielę miesiąca i oczywiście podczas różnych nabożeństw. Kiedyś, podczas jednego z tych nabożeństw, przyjrzałam się sobie z boku i zadałam sobie pytanie, co ja tak naprawdę właśnie robię. Oto razem z innymi osobami klęczę przed białą hostią umieszczoną w monstrancji. Jeśli spojrzeć na to bez wiary, wygląda to po prostu dziwnie. Postawiłam siebie wobec wyboru tego, czy ja to przyjmuję, że moja wiara zakłada oddawanie czci Bogu właśnie w taki sposób. Zastanawiałam się nad tym przez jakiś czas, ale uznałam, że nawet, jeśli jest to na ten moment dla mnie dziwne i niezrozumiałe i rodzi wiele pytań, to wchodzę w to. Świadomie wybrałam wiarę katolicką i świadomie wybieram oddawanie czci Bogu w Najświętszym Sakramencie. Nie mieści mi się w głowie bycie katolikiem i wybieranie sobie z tej wiary to tak, to nie. Albo komplet, albo to już jest coś innego.
Chciałam sobie jakoś pomóc wejść głębiej w to spotkanie. Zadałam sobie pytanie z kim ja się spotykam podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Zaczęło do mnie docierać, że jest to spotkanie z żywą OSOBĄ, co więcej, jest to spotkanie z KRÓLEM. Przypominały mi się sceny z filmów, gdzie widać salę tronową, w oddali tron, na nim króla. Wokół niego cały dwór, nie każdy może wejść i spotkać się z królem. Obowiązuje ścisła etykieta, trzeba oddać pokłon, nie wszystko można powiedzieć. Król jest w centrum, wiele osób wyczekuje choćby na jedno jego skinienie, żeby mu usługiwać. Dla większości mieszkańców danej ziemi spotkanie z królem było co najwyżej marzeniem.
Patrzę na hostię i widzę innego Króla. Pomyślałam sobie kiedyś, jak Tobie Jezu musi być trudno. Wychodzisz do nas wystawiony przez kapłana, patrzysz i widzisz tłum ludzi. Znasz ich serca, znasz ich myśli. Widzisz każdy moment uwagi skierowanej właśnie na Ciebie, ale wiesz też ile osób zerka na zegarek, ile ziewa, ile zastanawia się co będzie na obiad, ile podziwia płaszcz osoby klęczącej przed sobą, ile osób bezmyślnie śpiewa pieśń… Wychodzisz raz, drugi, trzeci, cały czas nie zmieniasz nastawienia, cały czas cierpliwie czekasz, aż po prostu zobaczą, że JESTEŚ. Nie obrażasz się, nie wchodzisz w urazę, nie narzucasz się, po prostu kochasz, cierpisz i kochasz. Potężny Bóg, dawca wszelkiej łaski, jedyny Odkupiciel, cichy chleb.
Zadziwiasz mnie.

Jeśli adoracja jest zwyczajowym obowiązkiem w pewnych okolicznościach, to nie można mieć pretensji do ludzi, że myślą o upływającym czasie, obiedzie, problemach czy bolących kolanach – nie realizują w tym momencie swojej potrzeby, lecz cudzy nakaz.
W szkole kilka razy byłem na adoracji i za każdym razem myślałem głównie, kiedy się to skończy, bo mnie kolana bolały. Te doświadczenia wyleczyły mnie z adoracji do końca życia – a reklamacje proponuję kierować do księży.
Pozdrawiam.
Drogi Ppp,
Jeśli ktoś przychodzi do kościoła to raczej ma potrzebę spotkać się z Bogiem, prawda? Czemu zatem traktują Go tak, jakby Go nie było?