Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
W czerwcu 2011 po raz pierwszy poszłam na uwielbienie do kościoła św. Katarzyny w Krakowie. Po wakacjach zaczęłam chodzić tam w miarę regularnie. W międzyczasie uczestniczyłam w Seminarium Odnowy Wiary przy kościele Dobrego Pasterza, zaczęłam też dbać o regularne przyjmowanie sakramentów. W grudniu 2011 zebrałam moją mizerną odwagę i po uwielbieniu podeszłam do jednej z dziewczyn, o której sądziłam, że należy do wspólnoty Nowe Jeruzalem i zapytałam, jak się wstępuje do tej wspólnoty. Ona nie wiedziała, ale przedstawiła mi pewną kobietę, której powtórzyłam moje pytanie. Powiedziałam, że jestem po Seminarium i nie chcę stracić tego, co tam otrzymałam i szukam wspólnoty. Okazało się, że szykuje się tam jakiś ślub liderów i najlepiej będzie, jeśli podejdę po kolejnym uwielbieniu. Gdy nadszedł ten dzień okazało się, że… uwielbienia nie było. Drzwi były zamknięte, ta kobieta chyba zapomniała, że się umówiłyśmy, bo Jej też nie było. Uznałam, że… pewnie się pomyliłam, że to widocznie nie ta wspólnota, że to jest znak od Boga i że trzeba szukać gdzieś indziej.
Potem mój świat stanął na głowie. Choroba i śmierć bliskiej osoby mocno mną potrząsnęła. To był jakiś tajfun, który pojawił się bardzo szybko i wszystko poprzewracał. Jakie to niezwykłe, że Bóg przygotował mnie na to przyciągając mnie bliżej do siebie. Nie wiem, jak bym zniosła to wszystko, gdyby nie On.
Po paru miesiącach zaczęłam szukać innej wspólnoty. Okazało się, że w pobliżu Mocni w Duchu prowadzą rekolekcje wielkopostne. Ich owocem była m. in. wspólnota Odnowy w Duchu Świętym, która zawiązała się przy tym kościele. Dołączyłam do niej. W tym czasie trafiłam na stronę odnowa.org. Był tam kiedyś opis rekolekcji, jakie prowadzi Odnowa w Duchu Świętym. Jedne z nich – rekolekcje uzdrowienia wspomnień – szczególnie mnie poruszyły. Głęboko czułam, że są dla mnie, bo miałam ogromne problemy z relacjami, ze swoimi emocjami, jednak uważałam, że jako mama dwójki małych dzieci na pewno nie miałam na nie szans. Myśl o nich nie dawała mi spokoju. Miesiące mijały, a ja lgnęłam całym sercem do pomysłu, żeby tam pojechać. W internecie pojawiły się nawet konkretne terminy. Po ludzku było to niemożliwe, jednak rosła we mnie nadzieja, że się tam znajdę.
Pan odpowiedział na moje pragnienie. Udało się! W dniach od 14 do 21 lipca 2012 roku byłam na rekolekcjach uzdrowienia wspomnień. Dokładnie siedem lat temu. Teraz, gdy były czytania o wyjściu Izraelitów z Egiptu wszystko, czym Pan mnie tam obdarował, wróciło bardzo. Postanowiłam podzielić się tym, co Bóg z wielką mocą zdziałał wtedy w moim życiu. Jak bohater.
Pamiętam nabożeństwo przed Najświętszym Sakramentem. Klęczałam z tyłu. Kapłan powiedział wtedy słowa poznania, że jest tu osoba, która w dzieciństwie była molestowana seksualnie. Powiedział „proś Pana, żeby ci to zabrał, bo to się za tobą ciągnie”. Gdy usłyszałam te słowa poczułam, że z głębi mojego brzucha jedzie jakaś torpeda, jakby była wystrzelona z łodzi podwodnej. Wiedziałam, że nie zatrzymam tej torpedy, co napełniło mnie przerażeniem. Byłam pewna, że tego nie przeżyję i dosłownie rozpadnę się na kawałki. Straciłam kontrolę nad tym, co się ze mną działo. Zaczęłam strasznie płakać. Dotarło do mnie, że tutaj chodzi o mnie. Wróciły wspomnienia, co gorsze, wróciły emocje z tym związane. Jedno wielkie przerażenie. To był tylko początek…
Potem pamiętam jedno ze spotkań wieczornych. W jego trakcie, podczas modlitwy uwielbienia, miałam obraz. Widziałam Jezusa i siebie, małą dziewczynkę, która idzie z Nim za rękę. Wiedziałam, że chodzimy po moim sercu. To wyglądało, jak piwnica w wieżowcu. Był taki korytarz z klepiskiem na ziemi, a wzdłuż tego korytarza były komórki, takie ciasne i ciemne, zamykane drzwiami jak w więzieniu. To było okropne miejsce. Jezus był jednak bardzo spokojny i to dodawało mi otuchy. Na jednym końcu korytarza było dwoje otwartych na oścież drzwi. Za nimi była czarna otchłań. Wiedziałam, że tam się po prostu spada w dół. Jezus podszedł do tych drzwi, zamknął je, a na framudze drzwi na górze namalował dłonią krzyż ze swojej krwi. Najpierw na jednych, potem na drugich. Potem zaprowadził mnie na drugi koniec tego korytarza. Był tam czarny pokój. Ściany był czarne, straszne, a na środku leżała trumna. Wiedziałam, że w niej leżę ja… Uciekłam z tego obrazu. Nie mogłam tego pojąć, Tak wiele się działo… Diakonia modliła się potem: „Łazarzu, wyjdź!”. Oj jak ja bardzo chciałam wyjść! Powiedziałam to Panu w sercu…
W toku rekolekcji pamiętam wieczór w kaplicy. Już pewne rzeczy zaczęły do mnie docierać, zaczęłam widzieć, że pewne moje zachowania nie są w porządku, że ranię innych ludzi. Pamiętam jak patrzyłam na tabernakulum i nagle usłyszałam w sercu słowa „ty jesteś moja, ja cię nigdy nie oddam”. Czułam, że nie są to słowa Jezusa. Nie niosły pokoju, wręcz przeciwnie. Trochę w popłochu wyszłam z kaplicy, poszłam do pokoju pełna strachu. Doszłam do wniosku, że jest tak późno, że muszę iść spać. Chyba chciałam po prostu przestać myśleć, zwłaszcza o tym, kto do mnie właśnie przemówił. To była okropna noc. Ciągle się budziłam, czułam czyjąś obecność w pokoju. Wzięłam do ręki różaniec. Co się obudziłam, to próbowałam się modlić. Wzywałam też świętych- ojca Pio, św. Ritę, św. Gemmę. Nie potrafiłam pójść po pomoc. Nad ranem zmieniłam taktykę, uwielbiałam Boga Psalmem 149, hymnem Magnificat, wzywałam Ducha Świętego i przyszedł spokój. Zrozumiałam, jak bardzo w swoim życiu nie ufałam Bogu, że długo moim bogiem był strach…
Wkrótce opowiedziałam animatorce o wszystkim, co mnie spotkało tej nocy. Zostałam zaproszona na modlitwę uwolnienia (rekolekcje prowadził egzorcysta). To był kolejny krok mojego wychodzenia z Egiptu. Pamiętam jak weszłam do pokoju. Na środku stało krzesło, wokół stało kilka osób i kapłan prowadzący rekolekcje. Zaprosił mnie ciepło, żebym usiadła opowiedziała, z czym przychodzę. Nie miałam wtedy doświadczenia dłuższej modlitwy wstawienniczej, nie bardzo ufałam tym ludziom, w sumie siedziałam z marzeniem, żeby być już za drzwiami. Powiedziałam jednak co się wydarzyło w kaplicy. Podzieliłam się tym, że uważam, że słyszałam głos diabła. Padło wtedy pytanie, czy brałam z nim jakiś ślub. Wtedy nie pamiętałam, że w sumie napisałam cyrograf. Kolejne pytanie dotyczyło tego, czy odrzuciłam dar życia. Wtedy nie pamiętałam, że próbowałam popełnić samobójstwo. Jakie to niezwykłe. Pan to wiedział. To wystarczyło. Rozpoczęła się modlitwa. Pamiętam, że nagle poczułam, że koło mnie coś się kręci. Tak, jakby ciasno wokół mnie biegało kilka zwierząt. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale czułam wręcz poruszenie powietrza. Ten kapłan to chyba wyczuwał. To niezwykłe, bo stał w pewnej odległości ode mnie. Widziałam, jak zbiera się do tego, żeby podejść do mnie blisko. Gdy zaczął iść w moją stronę, widziałam wyraźnie, jak to coś w Niego uderza i sprawia, że On nie może iść tak po prostu, tylko musi się przedzierać. Niezwykłe. Potem osoby, które modliły się w pokoju zaczęły podawać słowa poznania, jedno, drugie, kolejne. Wtedy nic nie pamiętałam. Nie potrafiłam się skupić. Po pewnym czasie modlitwa się skończyła. Zostałam zapewniona, że ta modlitwa przecina więzy zła. Wreszcie mogłam wyjść, zupełnie oszołomiona…
Kolejne wspomnienie dotyczy najważniejszego wydarzenia na tych rekolekcjach – spowiedzi. Pierwszy raz podczas spowiedzi mówiłam o sobie bez owijania w bawełnę. Docierałam do swoich motywacji, bez ogródek nazywałam rzeczy po imieniu. Nie chciałam już być w tej trumnie. Gdy kapłan udzielił mi rozgrzeszenia uklękłam i wtedy On położył mi dłonie na głowie. Wtedy też miałam obraz, widziałam Jezusa, który stoi przede mną zamiast kapłana i trzyma mi ręce na głowie. Zaczęłam bardzo płakać. Doświadczyłam Bożego przebaczenia pomimo tych strasznych rzeczy, które zrobiłam. Doświadczyłam bardzo Jego miłosierdzia. Także w osobie tego kapłana, który okazał mi zwykłe współczucie. Nie potępił mnie. Pan bardzo dotknął mojego serca. Wręcz je podmienił, bo wcześniej było jakby zamrożone, nie wiedziałam co to empatia. Gdy raz miałam przed sobą zdjęcie i miałam określić, co te osoby teraz czują, nie potrafiłam tego uczynić. Od tamtej pory wiele w tym obszarze zaczęło się zmieniać…
Co ważne, na kolejnym uwielbieniu podczas tych rekolekcji znowu chodziłam z Jezusem po moim sercu. Wyglądało już inaczej, zwłaszcza ten czarny pokój – już nie był czarny! Wszystko było białe, nawet trumna, która na szczęście była pusta…
To było moje wyjście z Egiptu. Mocne wyjście. Nie obyło się bez walki, ale wróg został zwyciężony. Moje serce już wie, co to znaczy Boży pokój, moje serce już zna tego, który ma moc złamać zło, moje serce już wie, że jest coś poza strachem. Moje serce już wie, że Jezus jest przy mnie i walczy dla mnie…
Dziękuję Ci Jezu za to wszystko. Dziękuję Ci za Twoją krew, którą nieustannie wylewasz na nas by nas oczyszczać. To chciałam powiedzieć, gdy na ostatnim spotkaniu prowadzący zachęcali, by wyjść i podziękować za to, co działasz w naszym życiu. Dziękuję Ci też za łaskę wiary. Bez niej nic z tych rzeczy nie mogłoby się wydarzyć. Proszę obdarz łaską wiary tych, którzy to przeczytają, a którzy być może potrzebują byś i w ich sercach zamknął jakieś drzwi. Dziękuję Ci za to wyjście z Egiptu. Proszę daj nie wrócić do niego, czy do innej niewoli, bo wróg nie śpi.
Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
