Tak się Tobą zachwycić, żeby się zmieniać. Uwierzyć w to, że Twoje zwycięstwo nad grzechem będzie pełniejsze, jeśli urzeczywistni się i w moim życiu, gdy po nie sięgnę moimi wyborami.
Wyjść z Egiptu. Wrócić do Kościoła, zacząć przyjmować sakramenty, przypomnieć sobie stare pacierze, a może i powiedzieć coś od siebie, gdy starczy odwagi.
Przypomnieć sobie przykazania, przestać się interesować niedzielami handlowymi, odkurzyć Pismo Święte, zacząć dbać o siebie, zapragnąć czystości myśli, serca.
Nie dać się uśpić myśleniem, że przecież już się znamy, że teraz nawet jak coś mi nie wyjdzie, to przecież jesteś miłosierny i mi wybaczysz i na tym poprzestać.
Trwać, trwać, trwać. Nie tracić Ciebie z oczu, szukać pokoju serca nawet tam, gdzie jeszcze mnie nie było, jeśli Ty tego zapragniesz.
Zdobywać nowe lądy, milczeć tam, gdzie były słowa, mówić tam, gdzie był ich brak, odważyć się na czułość, wiedząc, że ktoś może poczuć się zaproszony do mojego świata.
Pod Twoim czułym spojrzeniem przyjmować Ciebie w tym, co się wydarza. Ufać, że starczy sił by przyjąć i bezbronne dziecko i ciało zdjęte z krzyża, choć oba są za trudne.
Dziękować za każdy dar. Pamiętać o tych, którzy jeszcze nie przyszli do źródła. Rozmyślać o Twoim głodzie, gdy o nich wspominasz.
A potem zaorać chociaż kawalątek swojego serca, chociaż boli i nie dać sobie wmówić, że to nic nie da.
