Mary’s Land. Ziemia Maryi.

Niedawno obejrzałam ten film wspomniany w tytule i po prostu mnie rozwalił.
Nie dość, że pokazuje dobroć i opiekę Maryi względem nas, to pokazuje coś jeszcze – to, że Bóg Ojciec stale nas szuka, wiedząc, że bez Niego spotykamy śmierć.
Dokładnie to jest sedno mojej walki – wiara w dobroć Boga, zwłaszcza, gdy dzieje się coś, co mnie przerasta.

Na szczęście od dłuższego czasu praktycznie nie śledzę mediów – tv i radio mogłyby dla mnie nie istnieć. Raz po prostu siedziałam przed serialem „Przepis na życie” i nagle błysnęła mi myśl „zobacz, co Ty oglądasz”. Wtedy z pełną siłą dotarło do mojej świadomości, że właśnie widzę małżeństwo w rozkładzie, kolejny związek na tapecie, a ja jeszcze temu przyklaskuję w imię „bo przecież ona jest w ciąży to nic to, niech ten nowy się nią przynajmniej zajmie, jak mąż nie chciał”. Generalnie moje zasady rozmiękczają się razem z każdą minutą spędzoną przed cudzym, serialowym życiem, a potem mam problem z określeniem co jest dobre, a co złe, co można zrobić, a co jest wbrew moim wartościom. Po prostu mój system wartości zmieniał swoje granice bez mojego w tym udziału! Jak mnie olśniło, tak cokolwiek oglądam, to widzę cały syf, który kryje się za tym, więc generalnie nie oglądam.
Teraz na tzw lunchu koledzy rzucają aluzje o tym, co pokazali w jakimś tam programie, reszta od razu to podchwytuje, a ja jak zwykle nie wiem o co chodzi. No i najważniejsze – jestem z tego dumna :-))) Uruchomił mi się krytycyzm, zmienił się próg wrażliwości. Nie jestem w stanie spokojnie obejrzeć np. nagrania z tego, jak ktoś jest rozjeżdżany przez samochód. Jak kiedyś zobaczyłam taki filmik to bardzo to przeżyłam. Kiedyś nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. No i oczywiście przynajmniej tv odpadło w wyścigu o to, co ukradnie mi więcej czasu.

No ale wracam do meritum. Myślę, że gdybym oglądała tv i słuchała o tych wszystkich tragediach na świecie jeszcze trudniej byłoby mi mówić o tym, że Bóg jest dobry. Tymczasem, jak się nad tym zastanowić, pytanie brzmi: skoro całe zło jest winą Boga, to co robi zły? Chyba najlepszą odpowiedzią jest – udaje, że go nie ma i równocześnie podkręca nas do upatrywania źródła wszelkiego zła w tym, który jest Miłością, przynajmniej takie myśli rodzą się w mojej głowie. Żyję w epoce wielkiego kłamstwa. Dobro nazywa się złem, zło dobrem.

Bóg szuka mnie w każdej chwili. Chce mi ofiarować Swoją Miłość, czyli tak naprawdę to, czego całe życie szukam. Zapewnia mnie o tym, że nie będzie patrzył na moje grzechy, żebym nie obawiała się Jego sprawiedliwości. Chce mi odebrać cały wstyd i poczucie winy oraz cały syf, który przyczepia się do człowieka, gdy ten czyni zło. Chce mi dać pełnię życia, wydobyć całe piękno i dobro, które mam w sobie. Chce przemienić wszystkie te obszary w moim życiu, które obecnie jawią się jako beznadziejne. Chce dotykać mojego wnętrza, leczyć moje rany, podnosić mnie na duchu, chce pomagać mi wejść w dobre relacje i naprawić te, które są kiepskie. Chce mi dać szeroko pojęte zdrowie. Chce ukazać mi swój plan na moje życie, plan który głęboko tkwi w moim sercu i którego w głębi jestestwa pragnę dla siebie. Chce mi dać ZBAWIENIE, wysłużone dawno temu na KRZYŻU.

Zaprasza w każdym kościele, na każdej Mszy Świętej. Mt 11, 28 „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”.

A tutaj coraz więcej ludzi uważa, że to nieprawda. Że Bóg wręcz nie ma takiej mocy, żeby człowieka podnieść, umocnić i uczynić go szczęśliwym.

Nie zgadzam się! Choć wiele razy padam i daję się nabrać na te bzdury, to wiem, że gdy trwam przy Nim moje życie zyskuje nowy wymiar. Przykład?

Piątek, jakieś 3 tygodnie temu. Mam wziąć auto służbowe i zawieźć dokumenty do miasta. Bałam się, bo zazwyczaj jeżdżę małym autem, a tutaj mam wziąć duże i do tego nowe, z dziwnymi, nowoczesnymi rozwiązaniami, więc dodatkowy stres, jeśli coś zrobię nie tak. Już miałam się wycofać i wykręcić, kiedy powiedziałam „Panie, wierzę, że mi pomożesz, bo jesteś ze mną!”. Wsiadłam, bez problemu wiedziałam co gdzie jest, nawet słońce wyszło. Objechałam szczęśliwie, siadam przy biurku i dostaję sms od koleżanki ze słowem dla mnie: Pwt 1, 31 „Pan niósł cię, jak niesie ojciec swego syna, całą drogę, którą szliście”. Dodam, że nic jej nie mówiłam o moim samochodowym dylemacie…

To był drobiazg. Jeśli Bóg tak troszczy się o nas w drobiazgach, to jak troszczy się w rzeczach wielkich?
On mnie wciąż szuka. Jak padam podnosi mnie, często przez drugiego człowieka, przez Kościół. Tylko trzeba zauważyć Jego troskę, dostrzec Jego obecność i uwierzyć, że ten Jego plan jest dla mnie, że szczęście jest dla mnie, że miłość jest dla mnie, dobro jest dla mnie i że On mi to da.

Bo jest DOBRY. O!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *