Moja historia, coby wiadomo było z czego uratowana

Zabieram się do pisania jak pies do jeża, ale tak to ze mną jest. Zawsze znajdę jakiś sposób, żeby odwlekać realizację swoich własnych pomysłów. O, poukładana to ja nie jestem! Ale do rzeczy.

Kiedyś, w dzieciństwie i właściwie do matury wielką radość sprawiało mi kręcenie się koło kościoła. Udział w kolejnych grupach, wyjazdy, rekolekcje, kurs animatorski, prowadzenie grupy itp. Z perspektywy czasu widzę, że choć w domu działo się kiepsko, choć wtedy nie umiałam określić właściwie co jest nie tak, to to mnie jakoś trzymało do pionu. Dawałam radę, miałam poczucie bycia akceptowaną, co dla dzieciaka jest przecież podstawowe. Dzięki temu jakoś pchało się ten wózek. Wszystko się sypnęło, gdy poznałam mojego obecnego małżonka. Nic już mnie tak nie interesowało, jak On. Powoli zostawiłam wszystko i dałam się porwać naszej relacji. Po 2 latach wzięliśmy ślub. Nic to, że miałam 21 lat i moje koleżanki ze studiów stwierdziły, że a bank jestem w ciąży, bo to niemożliwe, żeby się tak szybko chajtać. Niestety było to możliwe, zwłaszcza, gdy z tyłu głowy miało się zapewnienie taty, że mnie to nikt nie zechce i na pewno ze mną nie wytrzyma. Doszłam więc do wniosku, że jak nie ten, to żaden i widząc z drugiej strony ponowną pewność poszłam w to. I tu zaczęły się schody. Wyniosłam z domu model rodziny, w której nie ma ojca – ciągle był w rozjazdach, a jak już był w domu, nie angażował się w życie rodzinne. Naiwnie wierzyłam, że u nas będzie tak samo, a tu klops. Niestety nie zdałam sobie wielu pytań przed ślubem, nie mówiąc o tym, że w ogóle nie przyszło mi do głowy, że tak naprawdę, to ślubując miłość, wierność i uczciwość i to, że nie opuszczę to ślubuję, że DAM, a nie że WEZMĘ. Ta świadomość przyszła dużo później, Teraz już wiem, że na bank zacząć trzeba od porządnego kursu dla przyszłych małżonków, bo może się okazać, że obserwowanie rodziców nie do końca pozwoli wyrobić sobie odpowiedni obraz. Mądry Polak po szkodzie ot co.

Jak już się zaczęły schody ujawniła się całą paleta moich niedomagań w budowaniu bliskiego związku. Okazało się, że właściwie jestem do niego niezdolna, ale przecież w nim tkwiłam. Generalnie wszystko się sypnęło. Nadszedł jakiś dziwny bunt, zawalone studia, czaty do białego rana, ale klamka zapadła. Zapadła jeszcze bardziej, gdy zaprosiliśmy na świat syna. Wtedy zamiast rozkwitnąć i cieszyć się mimo zmęczenia zupełnie się zapadłam. Po kolei rezygnowałam z marzeń o pięknym życiu i doszłam do przerażającego wniosku, że to koniec. Że teraz to już tylko praca, dom, dzieci, mąż i nic więcej. Moje życie osiągnęło cel – stabilizację. Koszmar. Do tego te pseudo relacje z dziwnym elipsami – raz bliżej, raz dalej, Oczywiście na zewnątrz wszystko wyglądało super. Mieszkanie, auto, praca, wycieczki, ale w środku pustka, bezsens. Przestałam chodzić do kościoła, choć ściskało mnie w dołku, gdy widziałam jak inni do niego idą. Chyba obraziłam się na Pana Boga za ten cały wczesny ślub, za chorą mamę, za to wszystko, co mnie we mnie bolało. Najłatwiej zwalić na Niego…

Po pewnym czasie ocknęłam się. Stwierdziłam, że tak mnie wychowano, że co niedziela do kościoła, co jakiś czas do spowiedzi i postanowiłam do tego wrócić. W końcu to kiedyś dawało mi RADOŚĆ, tę, za którą tak bardzo teraz tęskniłam. Kiedyś przecież wierzyłam, że Bóg jest, że jest cierpienie, ale z Nim to ma jakiś sens. Zaczęłam przyjmować sakramenty. Pojechałam na rekolekcje w ciszy. Wyciągnęłam rękę. Minęło trochę czasu. Szefowa zaprosiła mnie do wzięcia udziału w cyklu life coachingu. Do dziś pamiętam ćwiczenie koło życia. Rysujesz koło i masz je podzielić jak tort na kawałki. Ile chcesz. Masz napisać tam, co zajmuje Twoje życie, jak ono wygląda, co jest w nim ważne. Niestety biednie to wyglądało. „Co jest ważne dla Ciebie?” chodziło mi po głowie. Przypomniałam sobie wtedy zajęcia na studiach, Siedziałyśmy w kole i każdy miał powiedzieć, co jest dla niego najważniejsze. Moja koleżanka powiedziała spokojnie, że dla Niej najważniejszy jet Bóg. Wow. Ja, animatorka, od lat przy kościele i nie stać mnie było na taką odwagę przyznania się do Boga w środowisku pozakościelnym. Wtedy ta sytuacja wróciła. Siedząc na podłodze zapragnęłam wrócić do Ojca jak syn marnotrawny. Zapragnęłam zrobić to, czego nie zrobiłam wtedy – postawić Boga w centrum mojego życia. Wypełnić moje koło życia Nim i tym, co dla mnie ma. Już wystarczająco spartaczyłam swoje życie, najadłam się ze świniami. Nie wyszło mi to na dobre.

Nie wiem ile czasu minęło od tej pory – rok, dwa. Nagle usłyszałam głos w sercu. „Idź do Katarzyny”. Bardzo wyraźny. Wiedziałam, że to zaproszenie do pójścia na uwielbienie do kościoła św. Katarzyny. Dawno temu kolega mnie na nie zapraszał, ale uznałam, że to musi być jakieś sekciarstwo i nie skorzystałam. Teraz też nie od razu poszłam. Bardzo bałam się nowych miejsc, nowych rzeczy, ludzi. Udawałam, że go nie słyszę, ale on wracał. W końcu w czerwcu 2011 poszłam. Siedziałam jak kołek, ludzie śpiewali, tańczyli. Ta muzyka miała w sobie coś niezwykłego. Teraz już wiem, że muzyka uwielbienia podnosi ducha, daje nadzieję, ale wtedy nie wiedziałam, co się dzieje! Pierwszy raz usłyszałam świadectwa zwykłych ludzi, którzy mówili co Pan uczynił w ich życiu. Szok. Jakiś chłopak mówił o filmach, które trzeba zobaczyć. Wymienił „Wiara jak ziemniaki”, „Boska interwencja” i „Fireproof”. Kluczem dla mnie okazał się ten ostatni…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *