Fireproof czyli kto dla kogo ma się poświęcić

CD

Obejrzałam te wszystkie filmy z poprzedniego wpisu. Najbardziej uderzył mnie Fireproof. Historia jak moja, tyle, że u nas z rolami na odwrót było – ja byłam jak ten gość – praca, w domu nic (niestety mama i siostra były pedantkami, więc nie miałam nawyku sprzątania, wiedziałam, że i tak nie wytrzymają, oj podła byłam…). No a mój ślubny to ten ogarniający nasz ogródek. Jak ten film obejrzałam, to pomyślałam „no tak Panie Boże, to teraz spraw proszę, żeby mój mąż wreszcie zaczął się o mnie starać tak jak Caleb” bo w moim mniemaniu byłam tak poraniona przez Niego, że to przecież On miał się zmienić nie ja. Jednak nic się nie działo i nie zmieniało. Dalej jakieś dziwne kwasy, huśtawka emocji, czasem aż do myśli samobójczych, po prostu koszmar. Oczywiście na zewnątrz trzymałam klasę, choć było coraz trudniej. Więc cóż było robić, zaczęłam się niechętnie przyglądać jak to naprawdę jest w naszym domu i odkryłam wreszcie smutną prawdę, że ja też wcale nie jestem w porządku i że jeśli coś ma się zmienić, to muszę niestety zacząć od siebie. Oj nie chciałam się za żadne skarby do tego przyznać! Jak ja do tej pory rachunek sumienia robiłam, że tak mi się wydawało, że ze mną tak nie do końca jest źle przecież, a tu…

Były wakacje 2011. Uwielbień wtedy nie było, ale muzyka tam usłyszana tak mi zaczęła grać w duszy, że zaczęłam szukać w internecie tych kawałków. Pierwszym ulubionym było „Nasz Bóg jest potężny w mocy swej”. Szukając muzyki trafiłam na kopalnię filmików ze świadectwami i kazaniami np. ks. Michała Olszewskiego i ks. Piotra Pawlukiewicza. Mogłam słuchać i słuchać, a kochany Duch Święty zaczął mi wtedy oczy otwierać na to moje biedne życie. Najzwyczajniej w świecie odkryłam, że oprócz naszego świata jest zupełnie inny, świat duchowy i że choć tego nie widzimy (choć są tacy co widzą – odsyłam np. do książki „Serce z ciała” Agnieszki Dembek) to tam cały czas trwa walka o nasze dusze. Jeśli nie czujemy się jak na froncie to trzeba to powiedzieć wprost – najpewniej jesteśmy w łapach złego i najgorsze jest to, że tak ma zdecydowana większość. Raz poszłam do kościoła we wsi, z której pochodzę. Jest tam taki jeden ksiądz co jak powie to w pięty idzie no i powiedział raz mniej więcej tak: „czy Ty idziesz do nieba? Skoro jesteś dziś w kościele to chyba idziesz. Ale Ty nie myśl, że Ty idziesz do nieba, jeśli raz na ruski rok idziesz do komunii i spowiedzi. Ty wtedy nie idziesz do nieba, tylko leżysz przy tej drodze i zdychasz”.

I to była prawda. W końcu czułam się jak taka zdychająca ryba na brzegu. I to bardzo bolało. Ale to już było ważne odkrycie – że mnie to moje życie po prostu boli jak cholera i że ja już go nie chcę takiego i że najzwyczajniej w świecie mam dość…

Z takim nastawieniem poszłam na uwielbienie po wakacjach. Jeszcze się nie zaczęło. Siadłam w ławce i chyba po raz pierwszy w życiu zwróciłam się do Jezusa tak szczerze, z serca. Powiedziałam Mu wtedy w duszy, patrząc na tabernakulum, że „przecież ja mam tyle ran”. No i wtedy się zaczęło. Otóż za mną siedziała jakaś Pani, która na cały głos, jakby nigdy nic, oznajmiła w odpowiedzi „PAN ULECZY TWOJE RANY”.

Rozejrzałam się o co biega, inni ludzie siedzą sobie spokojnie i dotarło do mnie, że ona mówiła do mnie!!! No ale jak to możliwe??? Teraz już wiem, że to był dar proroctwa i działa on tak, że taka osoba obdarowana przez Ducha Świętego wie, że ma coś powiedzieć i najczęściej to robi, jakby dostaje taki cynk, co może daną osobę podnieść na duchu. Z perspektywy czasu wiem, że ten dar prowadził mnie od punktu do punktu na mojej drodze i nie dziwię się, że w Piśmie jest napisane, że (1 Kor 14, 1-4):
„1 Starajcie się posiąść miłość, troszczcie się o dary duchowe, szczególnie zaś o dar proroctwa! 2 Ten bowiem, kto mówi językiem, nie ludziom mówi, lecz Bogu. Nikt go nie słyszy, a on pod wpływem Ducha mówi rzeczy tajemne. 3 Ten zaś, kto prorokuje, mówi ku zbudowaniu ludzi, ku ich pokrzepieniu i pociesze. 4 Ten, kto mówi językiem, buduje siebie samego, kto zaś prorokuje, buduje Kościół.”

Te słowa, jedno zdanie sprawiły, że po tym, jak minął pierwszy szok, uznałam, że jest NADZIEJA!!!
Ileż ja razy wracałam do nich w myślach! Po prostu uczepiłam się ich jak tonący brzytwy.

Dotarło do mnie jednak coś jeszcze, że Jezus mnie USŁYSZAŁ…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *